Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Wróćmy do średniowiecza! Byle tylko po nowemu...


Co i rusz słychać głosy, jak to mocno Kościół dominującego w Polsce wyznania wtrąca się w sprawy Państwa i Prawa. Grzmi śmiało z ambony na temat aborcji, albo też gardłuje przeciwko in vitro, a to znowu ciska gromy na kwestię związków takich par, które się kochają inaczej, a na dodatek w bezmiarze bezeceństwa swego chcieliby wziąć i zaadoptować dzieci, które ktoś inny – pobożnie i hetero – spłodził i urodził. No po prostu zgroza dookoła! Jak to tak można... Wszystko to jednak blednie wobec kasy, jaką podobno ów wszechpotężny moloch ciągnie z kieszeni biednego Państwa! Wszak całe armie błogosławionych zastępów machiny biurokracyjnej, pełną parą napychają kieszeń proboszczów i prałatów, skubiąc przy tym ledwie dyszące służby publiczne, ze Służbą Zdrowia na czele... A dziury w budżecie łatać musi niezmordowany Jurek Owsiak...

 

Blady strach pada więc na niektórych, że może oto nadejść dzień, kiedy Kościół nie tylko grzmieć z ambony będzie, ale dobierze się znacznie konkretniej zarówno do sumienia, jak i do kieszeni statystycznego Polaka.

 

Zanim ewentualni czytelnicy mnie zadepczą, muszę się uczciwie przyznać – jestem antyklerykalny, choć wierzący. Mówię to tylko po to, by mnie nikt nie posądził o złośliwość tudzież sianie propagandy. Może Was to zaskoczy, ale nie przeszkadza mi nauczanie religii katolickiej w szkołach, ani fakt, że Sejm którejśtam kadencji przyznał kilkadziesiąt milionów polskich nowych złociszy na Świątynię Opatrzności w Wilanowie. Podkreślam – nie mam nic przeciwko temu, mimo że przecież jakaś cząstka płaconych przeze mnie podatków na ten daremny, zupełnie nie popierany przeze mnie cel poszła...

Moi drodzy, powiem więcej. Ludzie domagający się oddzielenia Państwa od Kościoła zaprawdę nie wiedzą, w jakie kłopoty się pchają, jaką niedźwiedzią przysługę społeczeństwu robią! Otóż bowiem, aby raz a dobrze rozwiązać problemy, z jakimi boryka się nasza polska demokracja, należałoby wręcz połączyć Państwo i Kościół w jeden spójny organizm!


Ktoś powie – toż to ewidentne wariactwo! Toż to już było, toż to samych kłopotów narobiło... Uspokoję Was. Nie chodzi o byle jakie połączenie, nie chodzi bynajmniej o zrównanie wszystkich kompetencji lub przekazanie całości władzy w ręce hierarchii kościelnej. Rzecz tkwi w mądrym połączeniu w jedną spójną całość tego, czym Państwo i Kościół zajmują się najlepiej, wyrzucając poza nawias to, co obie instytucje kolektywnie chrzanią.


W czym więc Kościół, jako instytucja, specjalizuje się najlepiej? Ano, w tym, co jakoś totalnie nie wychodzi Państwu... Kościół jest bowiem mistrzem w ściąganiu kasy, jak to nietrudno zauważyć na przykładzie Tatulka Tadzika z Torunia. Kolejne rządy i kolejne opozycje rzucają mu pod nogi kłody, a to odbierając dotacje, a to nasyłając kontrole, a on tymczasem niczym Salomon, zasila swe imperium medialne z otchłani pustych emeryckich kieszeni... Toż to cud, chyba większy niż rozmnożenie chleba i chodzenie po wodzie! Szczególnie,  że pobożny lud, nie tylko daje na tacę, ale daje chętnie! Daje szczodrze, budując sobie widoki na zbawienie i obrastając w poczucie własnej wartości.


Jeżeli popatrzeć na to, jakich cudów finansowych dokonuje Kościół – to nasze kochane Państwo wypada przy nim wybitnie blado. Dziura budżetowa coraz większa, ludziska płacić podatków nie znoszą, a kto już płaci, to ma takiego kaca moralnego, że jest frajer i fajtłapa, że się nie umiał wymigać od daniny...


Proponuję więc następujące posunięcie. Niechże Państwo wreszcie przestanie robić tego, czego wybitnie – i ku swej szkodzie – robić nie umie. Niech przestanie ściągać podatki! Stop wszelkim opłatom, VAT-om, akcyzom, PIT-om, ZUS-om i tym wszystkim innym bzdurom. Załogi urzędów skarbowych posłać na wcześniejsze emerytury (by uniknąć strajków głodowych, a co nam tam szkodzi!). A skąd kasa, potrzebna do funkcjonowania całej reszty administracji? Ależ to proste, banalnie proste... zaraz powiem!


Połączmy Państwo i Kościół! Niech się Państwo zajmie wydawaniem pieniędzy, bo wszak to umie najlepiej. Niech buduje szkoły i szpitale, tak by wreszcie Jurek Owsiak mógł odpocząć. Niech rozdziela dotacje i zapomogi, socjale i wcześniejsze emerytury – tak by naród piszczał ze szczęścia, błogosławiąc kolejną ekipę! Bez podatków, z pękatym rogiem obfitości – każdy rząd ma zapewnione wtedy całkowite wsparcie. Jaka w tym rola Kościoła?


Ano, na ów pokaźny róg obfitości trzeba mimo wszystko zebrać mnóstwo kasy – ale zebrać tak, by obywatel płacił chętnie i gorliwie. Jak to zrobić? Otóż zamiast wydzierać podatkowo i obligatoryjnie resztki pieniędzy wszystkim ciężko pracującym, należy nałożyć na Kościół obowiązek finansowania wszystkich rządowych wydatków. Kościół jęknie i zabiadoli, ale chętnie przyjmie ten przykry obowiązek, gdyż dostanie do ręki prawdziwy kombajn do koszenia forsy! Oto będzie argument, zapełniający tace i koperty, gwarantujący lawinowy spływ zasobów finansowych do wszystkich parafii i diecezji! Wcześniej trzeba było wciskać kit o remoncie dachu plebanii czy budowie dzwonnicy – a teraz wystarczy powiedzieć, że znowu Kościół wyrównać narodowy budżet potrzebuje. W ten oto sposób obydwie instytucje – w postaci ścisłej unii tiary i korony – staną się dobroczyńcami narodu. Kościół jawił by się jako ten, który daje Państwu, bez którego owo Państwo przepadłoby z kretesem, zaś świecka władza wreszcie byłaby dobrą mamusią, co zawsze mleczko pod nos podsunie, nie troszcząc się o zawartość publicznej sakiewki. Kościół – jak ojciec – musi dać. Państwo, jak mamuśka – jest od tego, by wydać. Idealne połączenie obowiązków, nieprawdaż?


Tak, ale jak taki układ utrzymać w równowadze? To proste. Kościół, mając rząd dusz, wpływałby wreszcie oficjalnie na rzesze wyborców, by ci wybierali tylko takich, co rozsądnie podejdą do kwestii publicznych wydatków. Jak troskliwy tatuś, pilnowałby rozrzutnej mamuśki, tak by go sejmowa niewiasta nie pozbawiła zanadto zachomikowanych zaskórniaków (których i tak zagarnął by x-razy więcej niż dotychczas, a co mu szkodzi). Zaś Państwo-Mamuśka, jak by Tatuś-Kościół zbytnio skąpił kasy i wykręcał się od obowiązków, skąpiło by swoich legislacyjnych wdzięków. I pomyśleć, że w tym wszystkim nie trzeba by nawet się oglądać na mniejszości religijne, agnostyków i całą resztę nieokreślonych światopoglądowo! Ba, ich istnienie warunkowało by wręcz równowagę takiego systemu. Kasa by bowiem szła nie od obywatela, ale od Kościoła! Obywatel, jakby się poczuł zbyt mocno przez Kościół przyciśnięty, przestałby dawać na tacę, ewentualnie zupełnie dawałby sobie spokój z religią, bądź zmieniałby wyznanie. Kłopot z tego tytułu miałby nie on, lecz Kościół! Jeżeli by jednak Kościół solidnie zaspokajał duchowe potrzeby obywatela, przykładając się do duszpasterskiej roboty, innowiercy przestaliby rosnąć w siłę, zaś obywatel, dumny i blady, sypałby pieniążki na tacę, budując sobie skarb w niebie, zaś Państwo opływałoby w dostatek... Co jak co, ale w Polsce nie zabraknie wszak religijnych ludzi, wiernych tradycji!


 

Hej, no i kto by pomyślał, że to naprawdę może być takie proste! Nawet, jeżeli w pewnych szczegółach ów pomysł trzeba by dopracować...

 Pozdrawiam