Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Daj się lubić!

 

   Straciliśmy kota. Parę dni temu nasz mruczek wpadł pod samochód. W rodzinie żałoba narodowa… Kiciuch był z nami od dwóch lat. Niespecjalnie lubił się przytulać, nie wskakiwał na kolana, nie ganiał za piłką, miewał humory, łapał sikorki, wybrzydzał na dawane mu jedzonko… Ale jednocześnie siedział cierpliwie na ramionach, jak się go sobie zarzuciło na szyję. Cierpliwie znosił zabawy z dziećmi, starając się sprytnie uciec małym prześladowcom bez uciekania się do argumentów wyposażonych w pazury. Z szacunkiem ustępował miejsca w najlepszym fotelu, jak zbliżył się doń gospodarz. Bywało, że w środku nocy kładł się na poduszce przy głowie i mruczał do snu. Mruczał rozkosznie głośno, że aż budził tym mruczeniem! Na podwórku, jak nas spotkał, podbiegał z podniesionym ogonem i łasił się tak, jakby witał nas po całorocznej nieobecności! No i odprowadzał… Odprowadzał do sklepu, do szkoły, do pracy… Wybiegał za nami i „eskortował” nas aż do najbliższego skrzyżowania. Właśnie to „odprowadzanie” pewnego razu go zabiło – poszedł za nami o kilkadziesiąt metrów za daleko, a gdy wracał, nie udało mu się przejść bezpiecznie przez ulicę. Trzepnął go rozpędzony samochód.

 

 

   Rodzinka mi rozpacza po kocie, a ja się zastanawiam – kurczę, przecież to był tylko kot! Też mi smutno i źle, ale to był tylko zwierzak… niemniej muszę być szczery – też strasznie szkoda mi tego kota. Nie pociesza mnie wcale to, że za parę tygodni weźmiemy zapewne nowego. Rodzinka zresztą się zarzeka, że innego kota nie weźmie, bo jak ten kolejny znów zginie w wypadku, to już wszyscy do reszty ze smutku zwariują. Hm, pożyjemy, to i zobaczymy.

   Ale, ale… Dlaczego tak nam żal kota? Nic nie robił pożytecznego poza byciem maskotką i to nie do końca na miarę wszystkich kocich możliwości. Ot, miły kiciuch. Ludzie w końcu trzymają zwierzęta, z których mają znacznie więcej korzyści – kury, kaczki, gęsi, świnie, krowy… I jakoś nie zadrży im ręka, jak zwierzak ma iść pod nóż. OK., wiem, są takie kaczki, kury i gęsi (że o świniach nie wspomnę), które pełnią rolę rodzinnych pieszczochów i pod nóż nie idą… Ba! Koń najlepszym przykładem idealnego związku pomiędzy korzyścią z jego posiadania (przynajmniej w dawnych wiekach), a szacunkiem i sympatią, jaką bywa darzony. Niemniej, w wypadku sporej reszty żywego inwentarza, widzę spory rozdźwięk miedzy tym, jak się pewne zwierzaki traktuje, a tym, jakie korzyści przynoszą one swoim właścicielom. Czy nie przydałoby się przynajmniej pogłaskać biedną świnkę, zanim się ją pośle do rzeźni...

   I w tym momencie trafia mnie refleksja! Refleksja dotycząca bardziej człowieka niż zwierzaka, choć na podstawie świata zwierząt domowych wysnuta. Ileż to ludzi jest paskudnie niedocenianych w swoim najbliższym rodzinnym otoczeniu, mimo iż harują ciężko dla dobra najbliższych! Najlepszy przykład – kochane mamuśki w kwiecie swojego wieku, olewane totalnie przez własną dzieciarnię siedzącą przy gadu-gadu, oraz ignorowane przez mężów zapatrzonych w Ligę Mistrzów. Cały dom stoi na ich głowie… I co z tego? Najczęściej nagrodą za dobrze wykonaną robotę — jest jeszcze więcej roboty.

   Ileż za to jest przypadków obiboków, lewusów, chlejusów, partaczy, łachmytów i tłumoków, noszonych przez swoje otoczenie na rękach, którym to bęcwałom zawsze podtyka się pod nosek ciepły obiadek? Uch…

   Ale co mi do tego? I co z tym wspólnego ma trzepnięty niedawno przez samochód kot?

   Otóż wydaje mi się, że najważniejsze w życiu osobistym, to dać się lubić. Po prostu. Mruczeć i być miłym. Niekoniecznie niezbędnym, niezastąpionym, zawsze najlepszym, zawsze na szczycie, zawsze po stronie świętej racji. Takich „niezastąpionych” ich otoczenie nierzadko klnie w jasną cholerę na czym świat stoi i na czym leży.  Ale daj się lubić, bądź miły i serdeczny – jak masz komuś powiedzieć „ty baranie, dupku, kretynie!” – to mu powiedz „mój aniele!”. Będziesz wtedy naprawdę niezastąpiony. Gwarantuję statystycznie, że zawsze będzie wtedy ktoś po tobie płakał i nie będzie mógł sobie darować, że cię zabrakło…

Pozdrawiam