Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

A kiedy przyjdzie — także po mnie...

 

 

To w zasadzie oklepany temat. Ale nic dziwnego, że porywa. W końcu – boleśnie dotyka. Bliskie otoczenie zwykle powala na kolana, samego dotkniętego nieraz przyprawia o szaleństwo, całą resztę dalszych obserwatorów nierzadko szokuje…



Koleżanka Sabinka* dowiedziała się przy okazji rutynowego prześwietlenia płuc. Krótkie badanie i lapidarne stwierdzenie — ma pani raka. Dziewczyna rozpoczęła szamotaninę z całą bezduszną machiną polskiej służby zdrowia, wygryzając sobie w tłumie dostęp do lekarzy, leczenia, badań, skierowań, itp. Nie mając mieszkania, tracąc pracę, tracąc zdrowie…

 

Radek też się dowiedział z dnia na dzień. Uporczywie utrzymujące się przeziębienie okazało się być … białaczką. Chłopak w przeciągu tygodnia zmienił się w chodzące widmo. Żona z trzecim dzieckiem w ciąży, a on w kolejce do piachu… Rozpaczliwa walka trwała pół roku. Przegrał. Trzeciego syna już nie zobaczył na oczy…

 

Wujek Włodek dowiedział się na emeryturze. A jednocześnie nie dowiedział się! Nie chciał się dowiedzieć! Uznał, że to rodzina spiskuje przeciwko niemu, że chce go pozbawić wpływu na rzeczywistość, że chce przejąć jego – niemały zresztą – majątek. Zaczął tym bardziej terroryzować bliskich, im bardziej jego stan się pogarszał. Leczył się wszystkim, co mu wpadło w ręce i żądał dla siebie od wszystkich wszystkiego, póki jeszcze umiał wydać głos. Nie chciał mieć pielęgniarki – życzył sobie, żeby opiekowała się nim żona. Zmarł – paradoksalnie – na wylew krwi do mózgu. Choć rak zajął już płuca i wątrobę…

 

Leszek przeszedł przeszczep szpiku. Przeszczep się przyjął. Ale po roku okazało się, że ma jednak raka kości. Chłop przeszedł tyle zabiegów w tylu szpitalach, że zaczął mówić o sobie „inspektor”. Chłopak chyba już nie żyje, mój kontakt z nim się urwał, jego telefon pewnego dnia zamilkł.

 

Paula Pruska skutecznie walczy z „Panem Śmieciuchem” od kilku lat. Powodzenia Paulino! Wspiera ją dzielnie świat mediów ze Zbyszkiem Hołdysem na czele. Brawo, panie Hołdys! Brawo reszta! Brawo każdy, kto nie pogodził się z wyrokiem i podjął nierówną walkę z wszelkimi przeciwnościami! Mimo że jestem z natury zgryźliwy, w mojej wypowiedzi naprawdę nie ma ironii. To brzmi jak banał, bo to i jest banał, ale tym razem prawdziwy.

 

 

 Niemy tłum w Centrum Onkologii w Warszawie. Setki przypadków i setki ludzi, nie mających ani siły ani szans na walkę z medyczną biurokracją, czekający cierpliwie na badanie, na wizytę, na cośkolwiek, co odpędzi grabarza…

 

Setki ludzi nie pchających się na billboardy z błaganiem o pomoc, wsparcie, co łaska na operację w Szwajcarii czy za oceanem…

 

  

Staję przed lustrem. Zamykam oczy i myślę o sobie. No, niech to do mnie dotrze. Niech tak będzie… Niech to ja będę ten następny. I co teraz?

 

Nie, nie podjąłbym się walki za wszelką cenę. Nie chcę do niej nikogo zniechęcać. Ale sam z zupełnie racjonalnych powodów poprzestałbym na głodówce i metodach pana Małachowa. Nie walczyłbym o chemię za 50 tysięcy dolarów. Ani o operację za oceanem. Nie chciałbym być rzucany jak piłka od szpitala do szpitala. Jak wspomnę cierpienia Leszka, to uświadamiam sobie, że chyba cała Inkwizycja nie zadała wszystkim swoim razem wziętym ofiarom tylu tortur, które on musiał znieść dobrowolnie w ramach ratowania swojego życia.  Którego w końcu nie uratował…

 

Leczenie kosztuje. Niekoniecznie obciąża samą tylko kieszeń pacjenta, ale z całą pewnością sakiewkę podatnika. Pieniądze to nie jest jedyny koszt. Rodzina podporządkowuje swoje życie choremu, dba i pielęgnuje, wozi na zabiegi, trzęsie się i płacze, doznaje traumy tym większej, im bardziej miota się w swojej chorobie sam chory. Patrzę na to z boku i myślę sobie – czy ja bym tak chciał? Tylko po to, by ratować swoje marne istnienie?

 

Moim jedynym sukcesem życiowym jest żona, która mnie jeszcze nie zostawiła po 15 latach małżeństwa (wbrew zabiegom teściowej), oraz syn, który – jak twierdzi on sam – kocha mnie nawet wtedy, gdy się na niego złoszczę. Jeśli mam być szczery, te dwa sukcesy mnie osobiście jak na razie zupełnie wystarczą. Ale czy uprawniają do tego, by zniszczyć życie najbliższym tylko dlatego, że jestem śmiertelnie chory?

 

Z całą pewnością też nie przysłużyłem się społeczeństwu na tyle, żeby płaciło za moje leczenie swoje ciężko zarobione pieniądze. Jeżeli ja dostanę chemię za 50 kawałków zielonych, to nie dostanie jej ktoś inny. Owa chemia nie gwarantuje mi wcale powrotu do zdrowia… Za to na pewno wykończy fizycznie i psychicznie, nawet jak przedłuży troszkę bytowanie na tym padole łez. Nie lepiej odejść z uśmiechem na ustach? Spokojnie i bez nerwów, tak by syn zapamiętał raczej pogodne oblicze ojca, a nie postać cierpiętnika przeżartego lekami?

 

Dlatego na razie dziękuję Bogu, że jestem zdrowy (a jak zachoruję, to zapewniam – na pewno nie będę o to obwiniał Boga!). W razie wpadki, całą energię włożę w to, by zrobić w życiu jeszcze cośkolwiek dobrego. Najbardziej by mi zależało na tym, żeby moje ewentualne choróbsko jak najmniej odbiło się na bliskiej rodzinie. Cóż, zamiary zamiarami, a los może spłatać mi psikusa i jak raz zginę w jakimś wypadku, albo zleci mi przysłowiowa cegła na łeb… Kto wie? Nie wierzę w przeznaczenie. Wszystkim, co "są w temacie", życzę zwyciestwa w walce. I raczej z myślą o nich płacę składkę na ubezpieczenie zdrowotne...  Z myślą o sobie staram się jeść same warzywa...

  

Sabinka jest już rok po udanych operacjach. Dwóch zresztą. Pocięli ją skalpelem jak wycinankę łowicką, ale żyje i ma się dobrze. Niedawno wyszła za mąż. Brawo Sabinko! Powodzenia na nowej drodze życia!

 

 

 

Pozdrawiam

 

człowiek nadal zdrowy

 

 

 

* niektóre imiona zostały zmienione, niemniej wszystkie opisane wydarzenia są prawdziwe

 

 PS.

Mnóstwo komentarzy (za które bardzo dziękuję!) zmusza mnie do łopatologicznego postawienia kilku kwestii opisanych we wpisie:

 

1. Nie twierdzę, że wiem, co zrobię, jeżeli naprawdę zachoruję.

2. Nie zamierzam nikogo zniechęcać do walki o życie. Wprost przeciwnie!

3. Stwierdzam tylko jedno - nie jestem gotów na tak wielkie cierpienie, jakie się stało udziałem niektórych chorych. Wolałbym spokojnie odejść (patrz przykład Leszka).

4. Nie wypowiadam się na temat tego, co bym zrobił, gdyby zachorowali moi bliscy. To zupełnie inny temat.

 

(110 480)