Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Przekleństwo średniego formatu

 

  Chyba najgorsza rzecz pod słońcem, to być przeciętnym człowiekiem. Takim zwykłym,  niewybitnym, ale i nie przygłupim. Nie będącym jaśniejącą gwiazdą estrady przez duże „G”, ani też jajogłowym ekspertem, noblistą, doradcą prezydenta, wziętym adwokatem czy złotorękim chirurgiem ratującym beznadziejne przypadki. Krótko mówiąc, żaden szczyt. Ale jednocześnie w żadnym wypadku nie dno! Ani nawet jego okolice. Ot, po prostu jakaś tam przeciętna. Zazwyczaj wyższe studia. Niezła znajomość jakiegoś obcego języka. Kilkaset przeczytanych książek. Kilkadziesiąt wizyt w teatrze. Żaden temat rozmowy nie straszny. Świadome poglądy na życie. I co poza tym?

 

  Poza tym chłodno i głodno! Pracodawca dyktuje warunki, bo takich „przeciętniaków” jak my ma po prostu na pęczki. Jednocześnie ciężko nam wziąć pracę dozorcy czy kasjera… Przydałoby się mierzyć w wyższe progi, ale przecież całe mnóstwo nam podobnych ma takie same ambicje. Nikt nie honoruje kwalifikacji z sekcji „pasje i zainteresowania”, każdy pyta o zawodowe osiągnięcia. Wszystkie szczyty zajęte, a trafić tam mają szansę jeno wybitni – i na tym polega zmora przeciętności. Nie dorastamy wyżynom, a doły nas już nie kręcą.  Często trwamy w przeciętności nie godząc się, by ponosić ogromne koszty wejścia na szczyt — bo musielibysmy wejść w tryb hurrapracoholizmu, ewentualnie zrezygnować z jakiegokolwiek życia prywatnego poświęcając się pracy i nauce. Mamy więc mylne wrażenie, że jeżeli wyróżniamy się jakimś poziomem oleju w głowie, to już powinno wystarczyć. Niestety, zazwyczaj nie wystarcza.  


   Ciasnota umysłowa się rozszerza. Przybywa fanów na Facebooku, Twitter rządzi, Blip dzieli. Rośnie oglądalność „Klanu” (czy czegoś tam jeszcze…). Wyżyny i doły się rozrastają, pierwsze jakościowo, drugie ilościowo, a zarazem oddalają się od siebie w przeciwnych kierunkach. Coraz trudniej jest nie nudzić się oglądając polska telewizję. Coraz mniej ludzi wie, kiedy wybuchło powstanie listopadowe (albo nawet czym było!), ale jednocześnie coraz trudniej napisać własny praktyczny program w środowisku nowego Windows (prosciej ściągnąć gotowy z netu), tak jak i coraz ciężej jest wystukać cośkolwiek oryginalnego na blogu (zwykle ktoś już napisał coś ciekawszego w temacie). Czy ktoś słyszał o Wielkim Twierdzeniu Fermata?  Ale po co komu o nim słyszeć… Niemniej, aby je udowodnić, potrzeba było jednemu geniuszowi spędzić siedem lat intensywnej pracy. Kogo stać na coś w podobnym stylu? Kto dostrzeże subtelny urok krzywych eliptycznych uniwersalizowanych do postaci modułowej nad ciałem liczb rzeczywistych? Człowiek przeciętny ledwie pojmie, czym może być krzywa eliptyczna, ale nie ma szans by dokonać jakiejkolwiek jej uniwersalizacji do postaci modułowej… Co dopiero, by udowadniać wielkie twierdzenia wielkich ludzi! Dziś dokonanie znaczącego dzieła wymaga znacznie większego wysiłku twórczego niż pół wieku temu, nie tylko w dziedzinie matematyki. W każdej dziedzinie. Opanować trzeba bowiem coraz większy kawał wiedzy, coraz wyżej trzeba się wspinać po barkach poprzedników, którzy już coś wiekopomnego dokonali i których teraz trzeba koncepcyjnie przebić…


  Wybitnych nie sieją, sami się rodzą. Coraz ciężej dogonić uciekający szczyt. Ktoś może pamięta, jak się fajnie i prosto pisało kiedyś w BASIC-u pod Atari 800XL? Spróbujcie dzisiaj stworzyć grę na miarę polskiego Wiedźmina… Idei pewnie nie brak, tylko jak to zrobić…


  Dzisiaj nie wystarczy przeczytać ze zrozumieniem Prousta, Parnickiego czy Stendhala, żeby sięgnąć elity. Dziś trzeba napisać coś lepszego niż Lem, oryginalniejszego niż Dukaj, zabawniejszego niż Lec, poczytniejszego niż Sapkowski! Podaż intelektualnej jakości przewyższa zapotrzebowanie, a jednocześnie jeden dobry pomysł jest w stanie zaspokoić coraz szerszy krąg odbiorców. Globalizacja myśli sięgnęła łapami konkurencji również po regionalny intelekt.


  Dlatego też przeciętność stoi w miejscu. Wysila się, by piąć się na szczyt, ale ów szczyt ucieka co najmniej w tym samym tempie, zaś dół – paradoksalnie – rozrasta się również i wzwyż. To, co było kiedyś szczytem, dziś zalega pokotem w nizinach. Coraz łatwiej skończyć studia, zrobić doktorat, zaliczyć ileśtam kursów, a jednocześnie coraz trudniej zostać za cokolwiek docenionym. Elita tworzy, motłoch konsumuje, klasa średnia stoi obok w milczeniu — niechętna karmić się tą samą co wszyscy papką, zbyt słaba, by zaproponować coś alternatywnego. Cośkolwiek strawnego dla mas, lub interesującego elitę. Nie ma szans. Stąd prawdziwe odrzucenie dotyczy właśnie tych pośrodku. Jesteśmy odpadami postępu. „Złoty środek” stał się cmentarzem dla tych, którzy wolą taką śmierć niż upadek w błoto. Na szczęście, ale też i niestety.


  Optymizmem napawa mnie jedno – nadal są chętni na czytanie Marcela Prousta, Stasia Lema czy Jacka Dukaja. Tego ostatniego autora szczerze i gorąco polecam, tego pierwszego – nie czytałem, chcąc zachować jeszcze (wzorem Franciszka Fiszera) jakąś przewagę…

 

 Pozdrawiam wszystkich

Przeciętny człowiek