Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Demokracja alternatywna?

 

Przeciętny wyborca lubi być głupi, lubi mieć prostą papkę w postaci haseł, lubi głosować na charyzmatycznego przywódcę, w którym widzi „swojaka”. Nie chce się zagłębiać w istotę prawa, nawet najbardziej prostego i zrozumiałego, gdyż jego najważniejszym postulatem jest tylko to, że „ma być dobrze”.

W zasadzie to od polityki trzymam się na dużą odległość. Mam ku temu wiele powodów. Po pierwsze, pozostając z szacunkiem wobec wszystkich polityków, nie wierzę w uczciwość i szczere intencje żadnego z nich. Niestety. Nieuczciwe metody dochodzenia do władzy od lat okazują się być zawsze dalece skuteczniejsze od tych uczciwych, więc siłą rzeczy uczciwi politycy to gatunek dawno wymarły. Po drugie, nie wierzę w możliwość rozwiązania zasadniczych problemów ludzkości na drodze politycznej. Nie wystarczy idealny rząd, idealne prawo tudzież idealna sprawiedliwość, by rządzić… społeczeństwem dalekim od ideału, które często tak naprawdę wcale nie chce wprowadzenia w życie idealnych zasad! Po trzecie, zupełnie na serio uważam za najbardziej rozsądne, by rozwiązywanie problemów ludzkości pozostawić w rękach Boskiej Siły Wyższej. Choć niektórzy twierdzą, że na ten nasz ziemski bałagan, to i sam Bóg nie pomoże… No to jak On nie pomoże, to co dopiero marny, śmiertelny człowiek?

Niemniej, polityka interesuje mnie jako teoria, jako produkt ludzkiego intelektu, jako pomysł na rozwiązywanie problemów całego narodu. Pomysł o tyle w swej formie ciekawy, gdyż zakłada rozwiązywanie problemów poprzez narzucanie tych rozwiązań siłą i mocą autorytetu władzy, często wbrew oczekiwaniom tych, których problem bezpośrednio dotyczy…

Uważam, że jednym z zasadniczych problemów współczesnej demokracji jest to, że na dobrą sprawę nie jest ona… demokracją! Są to rządy reprezentantów, ale nie reprezentujących bynajmniej interesów swojego elektoratu, tylko polityczny interes swojej partii. Elegancko ujął to George Orwell w wiekopomnym dziele „Rok 1984”, stwierdzając rzecz oczywistą — każda partia chce tylko jednego, mianowicie władzy. I zrobi wszystko, co jej tę władzę zapewni. Dotyczy to nie tylko rządów komunistycznych, to prawidłowość spotykana powszechnie w każdej demokracji. Jak by należało więc fachowo nazwać obecny kształt większości systemów politycznych? Kumoteriada? Kumokracja? Najciekawsze jest to, że w zasadzie taka sytuacja jest wymuszona przez funkcjonujący system władzy. Przeciętny polityk, ba, nawet całe ugrupowanie partyjne, nie ma szans, by za cenę utraty interesu partyjnego poprzeć wprowadzenie ze wszech miar słusznego pomysłu ustawodawczego. Nie ma szans, bo oznaczałoby to polityczne samobójstwo. Wyobraźmy sobie – ktoś w parlamencie proponuje genialnie proste i skuteczne rozwiązanie problemu niedomagającej służby zdrowia. Albo rewolucyjną – i wielce korzystną – zmianę w systemie emerytalnym. Klops w tym, że nie reprezentuje sobą większości. Co robi opozycja – a w zasadzie, partyjna konkurencja? Nie może poprzeć, bo będzie pytanie – dlaczego na to wpadli oni, a nie my? Autor genialnego pomysłu zdobędzie z pewnością niebezpiecznie duże poparcie, co spowoduje, że do władzy w następnym rzucie dojdzie on, jego ugrupowanie, a my wylecimy ze stołków… Co robić więc? Ano, trzeba genialny pomysł wyszydzić, skrytykować, ośmieszyć, a potem przedstawić w innej formie, choć tożsamej co do treści – ale już jako nasza własna, oryginalna idea. Tyle że co wtedy zrobi ośmieszona wcześniej opozycja? Ośmieszy i wyśmieje, ale w żadnym wypadku nie poprze, bo niby po co ma popierać złodziei własnych pomysłów? I tak właśnie kółko się zamyka.

Drugi problem, to problem wspólnego stołu. Karmią się z niego zarówno rządzący, jak i rządzeni. Jeżeli kucharz i goście siedzą razem przy jednym stole, to komu bliżej do żarcia? Kucharzowi… Choć za owo żarcie płaci przecież gość. Ale to kucharz je na stół podaje! Komu postawi bliżej miskę? Jak jest dobrze wychowany, to rzecz jasna pozwoli się najeść gościom. Ale, jak wspomniałem, ostatni dobrze wychowani polityczni „kucharze” dawno zmarli śmiercią głodową… Społeczeństwo ponadto znacznie łatwiej usprawiedliwia bogactwo biznesmena, który się dorobił na skubaniu Państwa z należnych mu podatków, niż dobrobyt uczciwego ministra, harującego w pocie czoła nad trafnym spożytkowaniem skąpych  środków z budżetu (pomijając fakt, że łatwiej w narodzie o wiarę w krasnoludki, niż w uczciwość jakiegokolwiek ministra). Nie lubimy bogatych polityków. Nie uważamy, jakoby zasługiwali na wysokie wynagrodzenia, bo przecież bogacą się naszym kosztem, kosztem naszych podatków! (Pytanie na marginesie – a czyim kosztem się bogacą biznesmeni, którzy uczciwie zarobili na swoje fortuny? Czy pieniądze spadły im z nieba, czy może czasem nie pochodzą z kieszeni klientów, czyli… też z naszych kieszeni?). Takie nastroje widać szczególnie w naszym kraju. Ale nawet w nieco dojrzalszych demokracjach, choćby w USA, gdzie bycie bogatym jest w dobrym tonie, a bycie bogatym politykiem – wręcz obowiązkiem, to nawet tam jest aktualny problem, że rządzący korzystają z tych samych dóbr, co rządzeni. Farmer nie żałuje łąkowej trawy swoim krowom, bo sam się trawą nie żywi. Woli pieczyste… Uczciwy polityk musiałby być chyba duchem, któremu są zupełnie obojętne wszelkie dobra materialne… Jedynym lobbystą byłby dla niego wtedy rozum i zdrowy rozsądek.

Trzeci problem, bodajże najpoważniejszy – problem rozliczenia. Zazwyczaj producentów i usługodawców rozliczamy z efektów ich działalności. Fryzjerowi płacimy za ostrzyżenie. Piekarzowi – za chrupiący chlebek. Masażyście – za masaż. Zakładowi energetycznemu za światło i gaz. Telekomunikacji – za możliwość dzwonienia do kogoś i za bycie „pod telefonem”. A politykowi? Polityk dostaje forsę za bycie politykiem. Ot i wszystko. Obiecywał cokolwiek przed wyborami? Ano, obiecywać to on mógł. Potem został przegłosowany i stąd wszystkie nasze kłopoty. Nie mamy szans rozliczyć polityka z obietnic, choć na ich podstawie powołujemy go na urząd. A jakże często owe obietnice są mgliste i niekonkretne, w postaci haseł „dość zaciskania pasa!”, albo „gospodarka przede wszystkim!”.

No dobra, ale co w takim razie? Czy można przed tym jakoś uciec? Zaryzykowałbym stwierdzenie, że można. I nie trzeba by wracać do żadnego ze starych systemów sprawowania władzy, co to już dawno przeminęły z wiatrem.

Pytanie – co jest społeczeństwu potrzebne – władza, czy zarządzenie? To takie pytanie, jak to – czego potrzebuje klient, samochodu czy fabryki samochodów? Oczywiście samochodu, choć bez fabryki on nie powstaje. Dzisiejszy sposób sprawowania władzy (i jej wybierania) przypomina mi sytuację, kiedy klient zamiast samochodu kupuje akcje koncernu motoryzacyjnego, a tenże koncern przydziela mu – wedle swego uznania – taki a nie inny samochód. W świecie handlu taka sytuacja była by niedorzecznością, w świecie demokracji – jak na razie to standard. Wyborcy głosując na swoje partie niejako kupują za swoje głosy „akcje na władzę”, ale w zamian za nie dostają nie te zarządzenia, których sobie życzą, tylko te, które im łaskawie władza wyda. Bo władza – to nic innego, jak producent zarządzeń. A wyborcom potrzebne są właśnie zarządzenia, korzystne i sprawiedliwe z ich punktu widzenia. Tymczasem, po wyborach, nie mają żadnego wpływu – jako drobni akcjonariusze – na to, jakimi zarządzeniami ich władza obdzieli.

Co z tym fantem zrobić? Odwrócić kolejność! Niech się najpierw odbędzie „produkcja”, a dopiero potem „zakupy”. Czyli konkretnie – trzeba by stworzyć taki system, który najpierw wydawał by zarządzenia, a dopiero potem wyborca dokonywałby ich wyboru. Innymi słowy – wyborcy głosowaliby nie na partie polityczne, ale na pakiety prawa, opracowywane przez te partie. I wtedy ustawodawcy wreszcie przestali by żyć ze sprzedaży „akcji na władzę”, tylko zajęli się „produkcją” zarządzeń wedle oczekiwań klientów – czyli wyborców.

Jak by to miało działać? Otóż wyobraźmy sobie prace partii politycznych w ten sposób – w wyborach nie wysuwają swoich kandydatów, tylko swoje propozycje w postaci pakietów ustaw. Mogą zaproponować wszystko, włącznie ze zmianą konstytucji. Musieliby jedynie opracowywać spójne propozycje, czyli jeżeli np. wprowadzenie jakiejś ustawy wymagałoby zmiany konstytucji, to w całym pakiecie musiałby się znaleźć również projekt zmiany konstytucji. Ich prace oceniałaby – tak jak to się dzieje teraz z każdą ustawą – odpowiednia komisja, dbająca jedynie o to, by projekty były spójne i logiczne. W dniu wyborów wyborcy głosują na ten pakiet zarządzeń, który im najbardziej odpowiada. Parlament tworzyłaby ta ekipa (względnie ekipy), która opracowałaby zwycięski pakiet ustaw. Byłby on potrzebny, gdyby zachodziła konieczność uchwalenia na bieżąco rozwiązań prawnych według pojawiających się aktualnych potrzeb. Załóżmy, że miejsca w sejmie tworzyłyby grupy autorów takich pakietów ustaw, które uzyskałyby najwięcej głosów, osiągając stosowne progi (na tej samej zasadzie, na której dziś przydziela się mandaty poselskie). A co z normami kolizyjnymi? Pierwszeństwo miała by ustawa zaproponowana przez tą ekipę, która uzyskałaby więcej głosów. Po wyborach dokonywano by stosownej konsolidacji nowego prawa. I co najważniejsze – takie prawo, wyłonione w drodze powszechnego głosowania, byłoby niepodważalne. Można by je zmienić tylko podczas następnych wyborów, jeżeli oczywiście jakaś kolejna ekipa zaproponowała by takie zmiany i uzyskała aprobatę wyborców. Wtedy dopiero mielibyśmy demokrację w pełnym znaczeniu tego słowa. Na ustawy głosowali by nie posłowie, ale całe społeczeństwo!

Zalet takiego rozwiązania byłoby wiele. Po pierwsze, trzeba by tworzyć wreszcie prawo jak najbardziej proste i zrozumiałe, bo jak wyborca go nie zrozumie, to nie zagłosuje na nie. Wreszcie dyskusje były by konkretne, a nie sprowadzały się do pustych haseł typu „zgoda buduje”, czy „po pierwsze gospodarka”.  Co więcej, na merytoryczne dyskusje byłby czas przed faktem, a nie po fakcie. Poza tym nikt nie mógłby lekceważyć żadnych wątpliwości wyłanianych w toku takich dyskusji, bo ryzykowałby, że jego rozwiązanie nie przejdzie.

Po drugie, partie polityczne (lub jakiekolwiek stające do wyścigu ugrupowania!) miałyby motywację do pracy, bo dopiero za jej wykonanie czekałaby ich wyborcza nagroda. Funkcjonowanie ustawodawcy wreszcie przypominałoby pracę koncernu samochodowego, który zarabia na sprzedaży swoich aut, a nie na obrocie swoimi akcjami. Nie do pomyślenia byłoby ślamazarne działanie czegoś takiego jak Nadzwyczajna Komisja „Przyjazne Państwo”, która jak na razie ma monopol na poprawianie prawa. Jeżeli jakiemuś zespołowi nie chciałoby się pracować nad ulepszeniem kodeksów i ustaw, to takie ulepszenia zaproponowała by konkurencja! W dodatku szybko i skutecznie, szczególnie jakby wybory miały się odbywać co pięć lat! Ba, rząd przestałby mieć związane ręce kwestią tak zwanych niepopularnych decyzji. Nie byłoby z nimi problemu, bo żaden polityk nie miałby szans na polityczną kompromitację! Wyborca by oceniał i wybierał przecież nie jego osobę, tylko pakiet proponowanych przezeń rozwiązań ustawodawczych… Można by nawet zaryzykować taką opcję, że skład zespołu będącego autorem zwycięskich propozycji i mający prawo zasiąść w parlamencie – byłby ujawniany dopiero po wyborach!

Po trzecie, taka metoda ustanawiania prawa byłaby najefektywniejsza. Parlament nie głosowałby mozolnie nad kolejnymi ustawami, nie byłoby tarć i walk w sejmie, proponowano by kompleksowy zestaw rozwiązań, który wyborca by przyjmował lub odrzucał. Jedno głosowanie, najbardziej miarodajne, bo wyrażające wolę całego narodu, dotyczące niejako „hurtem” całego kompletu ustaw.

Ponieważ parlament byłby potrzebny już tylko do reagowania w natychmiastowych potrzebach, można by jego liczebność ostro ograniczyć. Ale to już nie ma znaczenia dla kształtu przedstawionej powyżej idei. Kwestie czysto techniczne można by doszlifować.

Niemniej jednak, mam tego pełną świadomość, że takie rozwiązanie nie zostanie nigdy przyjęte… Między innymi z dwóch zasadniczych przyczyn:

— Nigdy żadna rewolucja ani ewolucja nie wprowadzi takiego rozwiązania, gdyż podkopuje ono podstawowy interes sprawujących władzę lub dochodzących do władzy, którzy są zainteresowani wyłącznie jej uzyskaniem lub utrzymaniem. Obecne mechanizmy dochodzenia do władzy i utrzymywania się przy władzy są prostsze i skuteczniejsze. Korzystne dla rządzących, ale nie dla rządzonych. Obojętnie kto by nie doszedł do władzy, nie zrezygnuje z łatwiejszych metod utrzymania się przy politycznym życiu na rzecz trudniejszych.

— Samo społeczeństwo nie jest na takie rozwiązanie przygotowane, gdyż wymaga ono od wyborców wysiłku intelektualnego… A przeciętny wyborca lubi być głupi, lubi mieć prostą papkę w postaci haseł, lubi głosować na charyzmatycznego przywódcę, w którym widzi „swojaka”. Nie chce się zagłębiać w istotę prawa, nawet najbardziej prostego i zrozumiałego, gdyż jego najważniejszym postulatem jest tylko to, że „ma być dobrze”. Nie interesuje go to, czy jakieś rozwiązanie jest możliwe, czy nie będzie mieć negatywnych konsekwencji, wyborca ma to gdzieś! On chce chleba i igrzysk, wysokich pensji i darmowych świadczeń, plus oczywiście tego, żeby zawsze mieć rację. Takich wyborców mamy w narodzie niestety najwięcej… I to chyba się tyczy całego, nie tylko demokratycznego świata…