Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

refleksje

Monogamia z rozsądku

 

Sen dziś miałem, ponury jak rany...

Zaczął się kapitalnie. Oto bowiem kupiłem sobie nowiutkie mieszkanko! Takie fajne, elegancko wykończone, przestronne, świetliste, z pięknym tarasem, na wysokim piętrze, z widokiem na nadmorską panoramę uroczego starego miasteczka... po prostu cud. Po mieszkaniu oprowadza mnie agentka, przedstawicielka dewelopera, typowa office-girl. Ale taka, że można na niej z przyjemnością oko zawiesić. Dumny i blady, kipiąc od zrealizowanych marzeń, wyglądam kolejno przez okna, przechadzam się po tarasie, a wtedy... nagle orientuję się, że dziewczyna na mnie leci! Kokietuje mnie na maksa, prawie że się na mnie wiesza... w końcu bardzo niedwuznacznie daje mi do zrozumienia, że tylko jeden mój gest i...

Obudziłem się zlany potem... ech, to tylko zły sen...

Będziecie się ze mnie śmiać... Jestem żonaty. Od piętnastu lat ekstremalnie w tym związku szczęśliwy. I jakoś nie chce mi się tego zmieniać...

Zapewne wielu facetów taki sen potraktowało by jako słodki dar nocnej wyobraźni i chciało, żeby im się śnił, i śnił, i śnił... W końcu to tylko sen! A jakieś obiekcje? Chłopie, wyluzuj, nie rób sobie jaj, stary, no nie mów, że nigdy nie miałeś ochoty... Sam fakt, że ci się coś takiego śni, znaczy, że tęskno zrobić skok w bok, nie?

Nie. Naprawdę nie. I powiem Wam szczerze, bynajmniej nie dlatego że jestem staroświecki, religijny, pantoflarski, zakompleksiony czy pełen zahamowań. Nie jest też tak, jakobym miał być ślepy na urodę i atrakcyjność innych kobiet. Kieruję się zupełnie konkretnym i beznamiętnym rozsądkiem. Poprzez czyste wyrachowanie i absolutny egoizm jestem zdecydowanym zwolennikiem monogamii, takiej na zasadzie „jedna jedyna od początku i na całe życie". Stąd też nawet taki sen uważam za koszmar, a nie marzenie... Wariat? Pomyślmy troszkę...

Seks to dla mnie nie jest jedynie rozładowanie napięcia, zaspokojenie potrzeb, realizacja męskiego ego, dowartościowanie się czy też czysta przyjemność. To wszystko, co wymieniłem, to są owszem, istotne elementy składające się na seks, co więcej, są to detale które sobie niezmiernie cenię, ale nie decydują one dla mnie o wszystkim, co się z seksem wiąże.

Seks jest dla mnie wspaniałym narzędziem służącym do uszczęśliwiania. Zarówno siebie, ale jednocześnie i mojej partnerki. Moje szczęście i zadowolenie jest wprost proporcjonalne do jej szczęścia i zadowolenia. Za prawdziwy miernik męskości uważam to, jak bardzo facet potrafi uszczęśliwić swoją kobietę. A seks jest tutaj tylko jednym ze sposobów na uszczęśliwienie. Ważnym, ale ani nie najważniejszym, ani też jedynym...

Dlaczego nas wszystkich tak bardzo boli zdrada? Dlaczego nie chcemy się dzielić ukochaną osobą z nikim innym? Dlaczego prawie wszystkim facetom tak sakramencko zależy na tym, żeby być dla swojej żony tym jedynym facetem w życiu, nie mającym żadnych poprzedników? Coś w tym jest. Uwaga! Jeżeli nam na czymś zależy, to spełnienie tych wymagań jest kapitalną okazją do tego, by kogoś uszczęśliwić...

Jeżeli więc mojej żonie zależy na tym, bym był jej wierny, to czemu nie? Skoro tego samego od niej wymagam... Mniej więcej z tego też powodu, jak już sobie żonę wybierałem, to tylko taką, żeby mi było jej jak najłatwiej wierności dochować :-) Mnie samemu też paskudnie zależało, żeby być dla niej tym jedynym, pierwszym i ostatnim...  

Nieziemsko istotne w szczęśliwym związku jest wzajemne zaufanie. Chcemy, by nam ufano, ale chcemy być też godni zaufania. Niektórzy mówią, że taki skok w bok, jak współmałżonek o niczym nie wie, to tylko dodaje smaczku, rozwiewa monotonię, pomaga się nawzajem docenić... Ekhm, polemizowałbym. Jeżeli nie jestem lojalny wobec najbliższej mi osoby, to wobec kogo lub czego będę lojalny? Jeżeli sam nie wybaczyłbym zdrady, dlaczego mam lekko traktować swoje własne podejście do tematu?

Ale rozważmy też praktyczny przykład. Wyobraźmy sobie, że spotykam na swej drodze najpiękniejszą kobietę o jakiej tylko mógłbym marzyć... (no bo przecież jaki sens ma mieć skok w bok z dziewczyną, która mi nie pasuje, która jest w czymkolwiek gorsza od tej, którą mam... Więc jeżeli już, to musi to być jakiś ponadprzeciętny ideał!) Co więcej, załóżmy, że ja jestem też totalnie w jej typie, tak że wystarczy tylko jeden gest i już... No i co wtedy? Powiedzmy, że mogłoby mi być z nią cudownie... Ale przecież jestem żonaty! I co wtedy? Wyjścia są trzy. Robimy mały skok w bok na jeden raz. I co ja z tego mam? Przecież jeżeli spotykam kobietę swoich marzeń, to nie chcę być z nią tylko raz, ale pragnę spędzić z nią całe życie! Chcę mieć ją ciągle i jak najwięcej! Ten jeden raz tylko mnie unieszczęśliwi, bo będę tęsknił do kolejnego razu, a nie będę mógł... No dobra, to może nie na jeden raz? Jest wyjście drugie — żona i kochanka... Kurcze, to znów kaszana! Muszę się kryć przed żoną, muszę kręcić, mącić, uciekać... Na kiego grzyba mi takie podchody? Kobietę, o której marzę, muszę trzymać na dystans, nie mogę jej dać całego siebie... Ech, to przecież też do dupy. Trzecie rozwiązanie. Rzucam żonę i odchodzę do drugiej. No i co? Rozbijam w grzyba to, co budowałem przez całe lata. Na nowo muszę budować sobie życie. Przekreślam wszystko, co mnie do tej pory z kimś łączyło, rozwalam komuś życie (jej, naszym dzieciom...). I po co to wszystko? Żeby mi było z kimś przynajmniej tak samo dobrze, jak jest teraz, tyle że z kimś innym? Ba, są rzeczy, które tracę bezpowrotnie. Wszak podważam totalnie swoją wartość jako człowieka godnego zaufania... Bo jeżeli jedną kobietę już puściłem kantem, zmarnowawszy jej kilka lat życia ze sobą,  to czy inna baba będzie mogła mieć nadzieję, że akurat jej to ja będę już zawsze wierny?

Jakoś dla mnie te trzy powyższe scenariusze brzmią totalnie nieatrakcyjnie... Ogromnie sobie cenię nie tylko czystą przyjemność fizyczną z tak zwanego pożycia intymnego, ale całą resztę, jaka się wiąże z bycia z kimś w związku. Jest tak, że mamy siebie, i choćbyśmy nic poza sobą nie mieli, czujemy się tak, jakbyśmy mieli wszystko... Uważam, że to piękne. Jeżeli w takim układzie pojawia się udany seks, to jest on wspaniałym dodatkiem, ale podkreślam — dodatkiem do szczęścia. Przyprawą do życia. Ważną, istotną, przecudną, ale jedynie przyprawą... Jeżeli dla kogoś seks jest najważniejszy, to taki ktoś, moim zdaniem, seksem się nie nasyci. Bo podobnie przecież jest i z jedzeniem. Czy dobre żarcie to wszystko, czego oczekujesz od życia? Czy dla dobrego żarcia jesteś w stanie poświęcić swoje ideały? Ludzie, toż przecież za szczytne hasła całe mnóstwo z nas gotowych bywa oddać swoje życie — i przecież wciąż są tacy, co oddają! To skoro jako ludzie jesteśmy gotowi umrzeć za ideały, czyż nie prościej jest w zgodzie z nimi żyć?

Może ktoś powie, że mam szczęście, że żyję z dziewczyną swoich marzeń i  że nie potrzeba mi przez to żadnych przygód. Owszem, racja. Ale osobiście zainwestowałem trzy lata swojego życia, żeby taką dziewczynę znaleźć, poznać, zdobyć... I jakimś szczęśliwym trafem się to udało! Ba, gdybym miał włożyć w takie poszukiwania dziesięć lat, to bym właśnie tyle włożył. Śmiem twierdzić, że warto.

Jestem bowiem idealistą... Uważam, że jeżeli nie mamy w życiu żadnych ideałów, to ich też nigdy nie osiągniemy... Zaś świat, który nas otacza, jest takim, jaki go sobie tworzymy. Jeżeli sami nie trzymamy się pewnych standardów, nie dziwmy się, jak nam przyjdzie brodzić w bagnie...


Dalej-> Recepta na uniwersalne piękno

Pozdrawiam!