Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Czarny spazm żałości narodowej...

 

Nie lubię komentować bieżących wydarzeń. Byłbym marnym felietonistą. Bieżące wydarzenie ma to do siebie, że — po pierwsze — bywa na ustach wszystkich i wszyscy mają coś na jego temat do powiedzenia, stąd też nawet trafny i mądry komentarz ginie marnie w tłumie. Po drugie — rzadko kiedy tak zwane bieżące wydarzenie można bezstronnie skomentować w pierwszej chwili, kiedy temat dopiero co wejdzie na przysłowiową tapetę. Zwykle trzeba, by historia dojrzała, obrosła w ciężar gatunkowy, zaś komentator — by nabrał dystansu. Niestety, często właśnie wtedy aktualne wydarzenie nie staje się dojrzałe, ale przebrzmiałe i nikt nie chce już słyszeć nic na ten temat...


Patrząc na nagłówki wszystkich serwisów informacyjnych, od ekonomicznych aż po sportowe, widać wszędzie nic tylko Smoleńsk, Katyń, prezydent i katastrofa... Nagle też media znalazły całą masę zdjęć Kaczyńskiego, na których wygląda jak prezydent, a nie jak — za przeproszeniem — „kaczor". Dziennikarzom głupio, że atakowali prezydenta, przeciwnicy polityczni wspominają go z rozrzewnieniem jak dobrego wujka, zaś internauci prześcigają się w kondolencjach, choć jeszcze niedawno wpisywali w Google niewybredne określenia i klikali „szczęśliwy traf", konając potem ze śmiechu na widok rezultatów wyszukiwania...


Dochodzę przy tym do przerażającego wniosku. Okazuje się, że najważniejsze osiągnięcie w życiu, to dobrze umrzeć... najlepiej zginąć w katastrofie, albo z ręki zamachowca, ale w każdym razie podczas pełnienia służbowych obowiązków, na posterunku! Nieistotne są merytoryczne osiągnięcia. A już najlepiej, jak trafi szlag w drodze do Katynia... Wtedy każda krytyka zblednie, każdy przeciwnik podkuli ogon, a cały naród wyniesie cię na ołtarze historii... Może nawet znajdzie się miejsce na Wawelu?


Nie zrozumcie mnie proszę źle. Możecie mi nie uwierzyć, ale ja naprawdę boleję nad tym, że pewien samolot niespodziewanie gruchnął na ziemię i że 96 osób zginęło. Sam straciłem w życiu parę bliskich osób, i to zdecydowanie przedwcześnie, żebym nie miał teraz współczuć, choćby i zupełnie nieznajomym ludziom (na marginesie: umiem współczuć nawet tym, których nie lubię). Jak najbardziej więc współczuję! Osobiście nie byłem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem prezydenta Kaczyńskiego. Ba, poczułem do niego szczerą sympatię, kiedy zobaczyłem maskotkę któregoś tam PIS-owego zgromadzenia — wielką żółtą kaczuszkę... Pomyślałem sobie — Lechu, jesteś jednak równy gość, nawet jak to nie twój pomysł, tylko twoich speców od public relations. Tak więc jest mi go naprawdę szczerze żal. Często też podróżuję samolotem i taka tragedia mogła dotknąć równie dobrze mnie i moją rodzinę, a może nawet kiedyś dotknie... nie wiadomo, ludzie giną w samolotach, w samochodach, ale i na krzywych schodach tudzież równych chodnikach. Żyjąc ryzykujesz życiem.


Kiedy jednak patrzę na komunikaty prasowe, na tę rzekę miodu przewiązaną czarną wstążką, jaka się nagle wylała ze wszystkich medialnych słoików, to coś mną targa... Mam wrażenie, że to nie ma żadnego związku z tragedią prezydenckiego samolotu. Widzę wyraźnie, że nam — Polakom — ciągle jest do szczęścia potrzebna narodowa tragedia... Umarł papież, zginął prezydent, autobus ze szkolną wycieczką runął w przepaść... Wtedy mamy okazję pokazać światu boleściwe oblicze i zawołać głośno o współczucie! Wtedy znosimy jajo i pokazujemy wszem i wobec, jak wiele my, Polacy, jesteśmy w stanie znieść...


Wiem, zgryźliwy jestem. Nic na to nie poradzę, że ostatnie dwudziestolecie historii Polski nie przyniosło żadnego męża stanu spośród ludzi zajmujących się polityką. Wkład Lecha Wałęsy jako prezydenta — to falandyzacja prawa, wkład Aleksandra Kwaśniewskiego — to cisza medialna (nie dzieje się nic!), zaś wkład Lecha Kaczyńskiego — to Samoobrona i LPR (czyli przystawki). Niczego więcej nie odczułem. Podobno z każdym rokiem coraz bardziej puchną Dzienniki Ustaw od coraz to nowszych i bardziej skomplikowanych regulacji, mających nam ułatwić i unowocześnić życie. Ale to już chyba zasługa pracujących w pocie czoła 460 posłów na Sejm.


Prywatnie serdecznie współczuję wszystkim bliskim prezydenta. Współczuję rodzinom wszystkich innych notabli i wysoko postawionych osób. Na pewno byli to wartościowi ludzie, bo nikt nie dochodzi do tak wysokiego stanowiska, jeżeli nie przewyższa pod wieloma względami ludzi ze swego otoczenia. Niemniej, znacznie bardziej mi żal Justyny Moniuszko, pasjonatki aeronautyki, stewardessy na pokładzie TU-154, pilotów i reszty załogi. Bo i mnie naprawdę jest żal. Tylko w innej proporcji.