Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Skąd ta wściekłość narodowa...

 


Parę dni temu Wiadomości podały, że pewien bollywoodzki idol spotkał się z miażdżącą krytyką ze strony pewnych kręgów, po tym jak poparł ideę wspólnego krykieta z pakistańskimi zawodnikami. Klops w tym, że celebryta był z Indii. Jak to może być, żeby obywatel Indii wspierał pomysł zbratania się z Pakistańczykami? Dodatkowo wyszło na to, że ów idol — czyli konkretnie Shah Rukh Khan — jest muzułmaninem! Nie sądzę, żeby to wcześniej była jakaś tajemnica, ale nagle zapewne stało się to bardzo istotne.


Jak donoszą serwisy prasowe: „W Bombaju 63 kina, w których ma być pokazywany najnowszy film z udziałem gwiazdy Bollywoodu Shah Rukh Khana zamieniono w fortece. Gmachy pilnowane są przez policję oraz prywatne firmy ochroniarskie. Władze zapowiedziały, iż nie dopuszczą do protestów organizowanych przez nacjonalistów, którzy oskarżają aktora o zdradę interesów narodowych." No właśnie, o co ten szum? Jaka zdrada interesów narodowych?


Możemy się z tego śmiać, ale można zauważyć, że podobna postawa jest całkiem powszechna... Kiedy przypadkiem trafiłem na etiopskie forum dyskusyjne, zauważyłem zażartą dyskusję dotyczącą Erytrei oraz tego, jak też Erytrejczycy wredzą w Etiopii... i na wzajem. Podobny duch panuje na forum Somalijskim — wiesza się psy na Etiopczykach. Mieszkańcy prowincji Tigra za wszelkie zło winią Amharyjczyków... I tak dalej, i tak bliżej.


Skąd tyle jadu? Swoją drogą, nie zauważyłem jeszcze nikogo, kto będąc zadowolony z życia ma cokolwiek przeciwko jakiemukolwiek człowiekowi, odmiennemu co do rasy, narodowości czy religii. Tymczasem co do ludzi, którym delikatnie mówiąc, nie powiodło się (niekoniecznie od materialnej strony), to prawie każdy z nich o wszelkie zło na wyścigi obwinia Niemców, Rosjan, Żydów, Amerykanów... tych wszystkich „innych", ale tylko tych, co mają lepiej...


Jakoś tak jest, że człowiek musi z czegoś czerpać poczucie własnej wartości. Stąd nie dziwi mnie to, że ludzie ograbieni ze wszystkiego, co tylko możliwe, którzy jednocześnie nie mają niczego, co mogliby z siebie innym dać, czerpią satysfakcję z takich dziedzin, jak bycie białym, czarnym, muzułmaninem, hindusem, katolikiem... Czerpie się satysfakcję z czegokolwiek, co może kogoś wyróżniać, choć przecież nie miało się na to żadnego wpływu — przynależności do jakiejś rasy nie da się przecież wypracować czy jakoś osiągnąć. Co do religii — owszem, można teoretycznie ją sobie wybrać, ale najczęściej nie o to chodzi, by być katolikiem czy muzułmaninem. Zwykle nie chodzi o to, jaka to religia — ważne, żeby była „nasza", „moja"! Bo nasze i moje musi być na wierzchu, skoro nie ma nic innego, co mogłoby mnie na ten wierzch wyciągnąć...


Przykre to. Nie podzielam rozumowania tych ludzi, ale rozumiem mechanizm, dzięki któremu do tego dochodzi. Człowiek zdystansowany i odrzucony przez „cały ten lepszy świat", ma ogromną potrzebę, by w jakikolwiek sposób zamanifestować swoją wartość. Ale co tu manifestować, jak nikt nie chce delikwenta wziąć do pracy, jak jego dzieci nie chcą się go słuchać, jak nie ma czym zaimponować komukolwiek, bo ma to samo co wszyscy dookoła — piszczącą biedę? Będzie więc budował na tym, co ma — na fakcie, że jest takiej a nie innej narodowości, że ma taką a nie inną religię. Bo to jedyne, co ma...


Troszkę podobne zjawisko dotyczy niektórych osób starszych z „naszego podwórka". Całe życie pracowali, budując „jedyny słuszny system". Potem się okazało, że ten system to kicha, a ich praca poszła w błoto. Reprezentowali jakieś wartości, a tymczasem wszystko to, w co wierzyli, zostało przez nowe pokolenie totalnie „olane". Kiedyś rozstawiali swoją dzieciarnię po kątach a ich słowo było święte, dziś nikt nie chce im nawet miejsca w tramwaju ustąpić. Rozumiem frustrację tych ludzi. Nie podzielam ich podejścia, ale im współczuję. I nie dziwi mnie, kiedy sąsiad-emeryt po raz „enty" powtarza, że wszystkiemu winien żydowski i komunistyczny rząd... albo kiedy sąsiadka na cały regulator puszcza „Radio Maryja" i w ten sposób „ewangelizuje" okolicę — a na prośby, by z lekka ściszyła, odpowiada, że ona głucha i że jak jest ciszej, to nie słyszy, a słuchawek nie założy, bo ją od nich boli głowa... Nie ważne, że zawsze doskonale słyszy, o czym sąsiedzi rozmawiają, przechodząc pod jej oknem...