Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Co tkwi w człowieku...

 

Zupełnie nie znam się na ludziach. Zbyt stary nie jestem, ale zauważam bolesną dla siebie prawdę, że całe mnóstwo otaczających mnie ludzi znacznie lepiej się orientuje w sobie nawzajem, potrafi „rozumieć się bez słów" czy też przewidywać swoje zachowania. Ja nie umiem. I chyba nie dlatego, że jestem na to za młody (choć kiedyś tak mi się wydawało). Dzisiaj wiem z całą pewnością, że nie umiem wniknąć w naturę człowieka. Nie umiem nawet ocenić tej jakiejś w miarę uchwytnej przeciętności, jaką można przecież dookoła dostrzec. W każdym bądź razie jakoś większości to się udaje. Mnie nie. Nie umiem przewidzieć, co ludzi bawi i co cieszy, nie umiem się domyśleć, czego im do szczęścia potrzeba i jak mógłbym im tego nieba przychylić. No cóż, przyznaję się też do samolubstwa w tym, że niekoniecznie pragnę uszczęśliwiać wszystkich jak leci i pod każde możliwe dyktando. To chyba w miarę zdrowe i zrozumiałe, przynajmniej ja to tak rozumiem i ciężko mi będzie zmienić pogląd na ten temat... Ale jakoś to, czym pragnę się przyłożyć do dobra sprawy — i co w moim mniemaniu powinno mieć szansę na powodzenie — nijak nie znajduje chętnych. Trudno się mówi, żyje się dalej. Mam za mało siły i samozaparcia, by wcisnąć się w jakiś inny szablon. Próbowałem się kiedyś wciskać na siłę — wychodziło żałośnie.


Jestem zbyt prostolinijny. Przerażają mnie ci, którzy mnie znają lepiej niż ja siebie, szufladkują mnie i odmawiają prawa do jakichkolwiek wad czy zalet. Nie mam prawa mieć zalet, bo przecież są tacy, co wszystkie możliwe zalety przejawiają znacznie lepiej ode mnie, tak więc ja nie mam prawa się czymkolwiek chwalić, a co za tym idzie — nie mam prawa mieć z czegokolwiek satysfakcji. Nie mam prawa mieć żadnych wad, bo ten, kto uzna we mnie jakąś wadę, jednocześnie tym samym ją usprawiedliwi, a co gorsza — zapewne poczuje wewnętrzny przymus, żeby mi jakoś w mojej słabości pomóc. No nie, taki zdrowy, normalny i porządny człowiek jak ja, to przecież nie ma prawa mieć wad, a jeszcze czego, żeby trzeba było mu pomagać w jakichkolwiek słabościach! Toż to oszust, który chce wyłudzić współczucie otoczenia, toż to człowiek fałszywy, który udając niedostatki charakteru próbuje wymigać się od pełnienia swych obowiązków wobec otoczenia! Skandal!


Niech i tak będzie. Pora się przyzwyczaić, że zawsze mogę być źle zrozumiany. Ba, wypada wręcz przyjąć za rzecz pewną, że będę zawsze źle rozumiany. Że nawet jeżeli zaproszę kogoś na kawę, to będę chciał coś przez to samolubnie zyskać. Bo przecież ci wszyscy starzy wyjadacze, niezmiernie doświadczeni przez życie ludzie będą doskonale wiedzieć, co się kryje na dnie każdej mojej propozycji, odnajdą ukryte znaczenie nawet mojego zdawkowego komentarza o deszczowej pogodzie. Zazdroszczę im, nieomylnym. Sam jestem skazany na dosłowne przyjmowanie wszystkiego, co się do mnie mówi...


I dlatego już nie wierzę w człowieka. Znacznie łatwiej mi uwierzyć w Boga, którego nie widzę, niż w człowieka, którego widzę na co dzień. Bóg jest dla mnie znacznie bardziej zrozumiały i przewidywalny. Co do niego mogę przynajmniej twierdzić — i trzymać się tej wersji — że jest dobry, że stworzył piękny świat i że chce na nim piękna i dobra. Jaki jest człowiek i czego chce — nie mam pojęcia. Cokolwiek bym nie próbował przypuszczać, życie drastycznie weryfikuje, udowadniając mi coś wprost przeciwnego. Dlatego się poddaję. Wiem, że nic nie wiem o drugim człowieku. I przestaję próbować się dowiedzieć, mimo że zagadnienie to nadal ogromnie mnie ciekawi. Ale ogrom tej kuszącej mnie wiedzy przerasta moje możliwości. Poddaję się więc, jeszcze raz to mówię...


Najgorsze jest to, że nadal potrzebuję do szczęścia innych ludzi, choć za nimi nie nadążam i nie potrafię ich uszczęśliwić. Pozostaje mi jedynie próbować się oszukiwać, że przecież musi się znaleźć raz na jakiś czas ktoś życzliwy, który nie będzie się doszukiwał we mnie tego zła wcielonego, które przecież ewidentnie we mnie tkwi. Ktoś, komu będę do szczęścia potrzebny cały ja, a nie tylko to, co mogę dla niego zrobić. Dobra, za dużo oczekuję od życia. Poprzestańmy na marzeniu, że mógłbym być nie tyle do szczęścia potrzebny, co choćby po prostu przydatny. Drobna, lecz znacząca różnica.