Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

"Es" jak Szwindel

Podobno na pewnym uniwersytecie w USA (Illinois?) profesor wykładający zarządzanie zrobił ciekawy eksperyment. Podczas wykładu wziął plik banknotów, rozwinął jak talię kart i zapytał: „kto chciałby wziąć udział w krótkim eksperymencie, w którym stawką będzie te oto pięć tysięcy dolarów?" A któżby nie chciał! Eksperyment był jednak wymagający. Profesor położył na katedrze telefon komórkowy i wyjaśnił: „Zadaniem uczestnika konkursu będzie zadzwonić do bliskiej osoby i zawiadomić ją, że ktoś bliski jej sercu — ojciec, matka, narzeczony czy przyjaciel — właśnie zginął w wypadku samochodowym. Musicie w ciągu trzech minut przekonać tego kogoś, że wypadek miał miejsce i że muszą przyjechać tutaj, do naszej uczelni. Macie na to trzy minuty, a skorzystać musicie z tego telefonu, który leży na katedrze, tak żeby wszyscy mieli równe szanse. Ten, komu pierwszemu się to uda, otrzyma te oto banknoty, które kładę tutaj do koperty. Dodatkowy warunek konieczny: musicie zadzwonić do kogoś naprawdę bliskiego i powiedzieć o śmierci kogoś, kto jest mu naprawdę drogi, a osoba, do której dzwonicie, musi przyjechać do nas, do uczelni".

 

Spora część studentów rzuciła się ustawiać w kolejce do katedry. Próbowali się dodzwonić... ale... telefon znajomego był albo zajęty, albo odzywała się automatyczna sekretarka, albo było słychać osobę po drugiej stronie, ale nie można było się z nią porozumieć na skutek zakłóceń na linii...

 

Kiedy już kilkanaście osób bezskutecznie spróbowało się dodzwonić, profesor przerwał eksperyment. Trudno mu było jednak usadzić studentów z powrotem w ławkach, gdyż wielu było zawiedzionych — może akurat im by się udało? Profesor rozwiał nadzieje — od początku było to niemożliwe. Telefon był przerobiony przez informatyka, tak że zachowywał się dziwnie i albo dawał sygnał zajętości, albo udawał, że nikt po drugiej stronie nie odbiera, albo podawał komunikat „abonent nieosiągalny, zostaw wiadomość", ewentualnie zestawiał połączenie tylko w jedną stronę, tak że dzwoniący słyszał, co mówi znajomy, ale znajomy miał w słuchawce same trzaski...

 

Profesor pyta: Czy ktoś z was się czuje oszukany? Ręce wszystkich uczestników eksperymentu poszły w górę! Nie powinniście czuć się oszukani — kontynuuje profesor. Warunki postawiono jasno — trzeba się dodzwonić z tego telefonu. Nikt z was nie zapytał przed przystąpieniem do gry, czy w ogóle jest to możliwe, z góry założyliście milcząco, że tak. Ale nie ma problemu! Proponuję układ — podzielę wygraną między wszystkich uczestników eksperymentu. Zgadzacie się? Jednogłośnie? W porządku. Oto forsa do podziału! Profesor rozwinął plik banknotów wyjęty z koperty... ale tym razem pokazał rewersy nominałów, na których wielkimi czerwonymi wołami napisano „FALSYFIKAT". Kto pierwszy po swoją działkę? Nikt się nie podniósł, wszyscy siedzieli z lekka skonsternowani. Pewnie znowu czujecie się oszukani? Niepotrzebnie. Stawiając warunki, powiedziałem wyraźnie — zwycięzca otrzyma TE OTO pięć tysięcy dolarów. Nie powiedziałem, że otrzyma pięć tysięcy dolarów. A te oto pięć tysięcy dolarów, to jest pięć tysięcy fałszywych dolarów. Nikt z was nie sprawdził, o co naprawdę toczy się gra...

 

Z eksperymentu muszą płynąć jakieś naukowe wnioski. No i popłynęły. Połowa obecnych ustawiła się w kolejce do telefonu, zaś nawet kiedy kolejny kolega odchodził z kwitkiem, każdy cieszył się, że jest bliżej swojej kolejki i swojej szansy na pięć tysięcy (lipnych) dolarów, których w międzyczasie nikomu nie chciało się ani sprawdzić, ani policzyć. Nikt nie zastanowił się — dlaczego mam wciskać bliskiej osobie kit, informację która może spowodować u kogoś szok, sprawić ból i wyrządzić krzywdę? Za pięć tysięcy dolarów? Po co profesor szanowanej uczelni miałby się narażać potem na proces sądowy o odszkodowanie, jeżeli babcia dostałaby ataku serca dowiedziawszy się, że wnuczek nie żyje? Każdy gorączkowo obmyślał historyjkę, która miałaby być jak najbardziej przekonywująca, by jeszcze ktoś gotów był przyjechać na miejsce... Nie starczyło rozumu, by zadać pytanie — po co to komu? Uczelnia zajmuje się przecież usługami edukacyjnymi, a nie urządzaniem podejrzanych konkursów o smakowitą stawkę...

 

Profesor wyjaśnił, o co naprawdę chodziło w eksperymencie. Był to przykład mechanizmu manipulowania ludźmi za pomocą obietnicy szybkiego zysku, ale osiąganego na drodze chwytu poniżej pasa. Elementem mydlącym oczy były nie tylko pieniądze, ale dziwne wymagania — przekonaj koniecznie bliską osobę i to tak skutecznie, żeby tu przyjechała. No tak, za proste wykonanie telefonu nikt nie da takiej kupy szmalu. Po drugie, poniesione konsekwencje wydawały się być usprawiedliwione wysoką stawką w grze. Nawet jak się ktoś bliski najpierw obrazi, to przecież zrozumie, że chodziło o pięć tysięcy dolców! Po trzecie, był to test na ocenę ryzyka — każdy zakładał, że mu się uda, że to proste, że to osiągalne. Zbytni optymizm wypaczał racjonalną ocenę. Nawet, jak kolejni koledzy odchodzili z kwitkiem, nie tylko nie osłabiało to entuzjazmu, ale wręcz podsycało! No i nikt nie sprawdził rzeczywistej wartości stawki...

 

Podobne hece dzieją się na co dzień, bo podobne mechanizmy - ale już bynajmniej nie w celach dydaktycznych — stosują najrozmaitsi naciągacze. Raz w Bułgarii podszedł do nas jegomość i zaproponował, że wymieni walutę po super korzystnym kursie. Jego kurs zakupu był wyższy, niż kantorowy kurs sprzedaży! Ale kto sobie zadaje pytanie - po co gościowi kupować euro na ulicy od turysty, gdy w kantorze może kupić te same eurosy taniej? Ewidentnie chodzi o szwindel, ale mimo to tacy naciągacze łupią po kieszeni turystów całymi dziesiątkami - wciskają im albo fałszywki, albo banknoty sprzed denominacji, albo stosują chwyt złodzieja kieszonkowego — tak czy inaczej skubią naiwnych.

 

Inny przykład - dzwoni do mnie firma z USA, jakoby renomowana, znana w Internecie — słynny producent robotów przemysłowych. Proponują akcje ze specjalnej emisji, tylko dla inwestorów spoza USA, wolne od podatku, podstawa prawna to tak zwana „regulacja S". Wszystko super, wszystko dostanę na piśmie, wszystkie dokumenty załatwiają oni, ja tylko podpisuję papiery, odsyłam im z powrotem, potem wpłacam im na konto należną sumę za pakiet akcji (minimalny wkład to marne pięć tysięcy dolarów), po czym dostaję FedExem papiery wartościowe, których oryginalność gwarantowana jest nawet przez Rząd Stanów Zjednoczonych... ciekawe tylko, że ja nie mam pojęcia, jak wyglądają amerykańskie papiery wartościowe, nie wiem nawet, jak może wyglądać pieczątka amerykańskiego urzędu, odpowiednika naszego KNF-u. Nie mam pojęcia, czy po wpłaceniu pięciu kawałków zielonych, komukolwiek za oceanem chciałoby się cokolwiek drukować i mi wysyłać. A jak miałbym ścigać oszusta? Mógłby on nawet nie mieć nic wspólnego z szanowaną firmą, której wiarygodność mógłbym sprawdzić w Internecie...

 

Powszechna rządza zysku i różowe okulary, jakie wciska ona przemocą na nos nawet ludziom wydawałoby się rozsądnym, w efekcie szarpie po kieszeni bardzo dotkliwie całe masy ludzi. Są oni podobni w sposobie myślenia do studentów z eksperymentu. Zakładają, że im się uda, a nie sprawdzają, czy to w ogóle możliwe, by im się udało na podstawie podanych warunków. Nie liczą się z konsekwencjami, zakładają, że zysk pokryje wszelkie koszty. Nie zadają sobie pytania — po co ktoś miałby tak lekko pozbywać się forsy? Dlaczego ktoś akurat mnie chce dać szybko i bezproblemowo zarobić za bezdurno?

 

Ubawiłem się setnie historią, którą raportowały media wiosną 2009 r. Kilka firm, które przejechało się na handlu opcjami, zażądało ich unieważnienia, że niby zostali oszukani przez banki, które przecież obiecywały zysk. Przypomina mi to prośbę hazardzisty, który przegrał w karty majątek, a potem zażądał, żeby unieważnić gotówkę, którą stracił, a na jej miejsce wydrukować nową i mu wypłacić. Różowe okulary żądzy zysku oślepiają nawet rozumnych przedsiębiorców obracających milionami... Nikomu nie chciało się zatrudnić w swojej firmie doradcy finansowego, który studia ekonomiczne skończył? Obracacie ludzie taką kasą, ładujecie ją setkami tysięcy w papiery wartościowe, a nie chcecie dać zarobić komuś, kto by wam powiedział wprost, co z tego może wyniknąć? Nie, kochani, to nie może być pracownik banku, który wam za friko coś doradzi, bo bank całkiem szczerze i uczciwie dba o swoje interesy, a nie wasze, i za dbałość o swoje interesy płaci swoim pracownikom. Jeżeli bank ma wam coś szczerze doradzać, to musicie za taką usługę zapłacić. A najlepiej, kochani, to musicie zatrudnić swoich ludzi, którzy będą myśleć dla waszej korzyści, nie cudzej... Przynajmniej tak bym widział zdrowy układ na linii bank — klient korporacyjny. Z detalicznym może być inaczej, ale detaliczny zwykle nie obraca milionami i nie ładuje ich w opcje...

 

Najgorsze w obecnym kryzysie — jak powiedział Barrack Obama — jest to, że to wszystko stało się zupełnie legalnie...

 

Najgorszy szwindel, to taki, który jest stuprocentową prawdą, pod wpływem której delikwent okłamuje sam siebie.