Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Słowo wam rzeknę przepyszne, wulgarne...

  Naprzeciwko mnie nadchodzą chodnikiem prężni i mężni młodzieńcy. Ich krok sprężyście dudni, a sylwetki rzucają długie cienie. Ziemia pod ich stopami drży, a uderzeniom ich kroków towarzyszy mrukliwa wibracja, która z kolei elegancko rezonuje w mych piersiach, uciekając na koniec burzliwym dreszczem przez plecy. Gdy młodzieńcy zbliżają się na odległość dwóch, trzech kroków, wibracja się nasila, a ja zauważam, że jej źródło nie tkwi w dudniącym kroku, lecz w gardzieli najpotężniej zbudowanego jegomościa. Dolatuje mnie bowiem finezyjnie wybulgotane słowo, wprawiające w rezonans okolicę w promieniu kilku metrów:


„uuuuuuuRRRRRRRRRRRRRRwwwwmmmććć"


    Zatrzymałem się i aż zacmokałem z podziwem. Chwilę potem, dyskretnie i na osobności, spróbowałem wprawić w podobny bulgot własne gardło, w nadziei, że wywołam w otaczającej mnie martwej naturze podobny rezonans. Niestety, nic z tego. To chyba wszystko przez to, że od dziecka mam problemy z wymową głoski „r", a owa głoska ma we wspomnianej sztuce bulgotania kluczowe znaczenie. No nic, trudno się mówi...


   Łatwo powiedzieć „trudno", ale ma się nadal świadomość, jaka to strata wielka! Ileż dobrego można by zdziałać takim bulgotem! Wspominając ciarki, jakie przeszły mi przed chwilą po grzbiecie, uświadamiam sobie, że przy minimum możliwości (których mi najwyraźniej brak), można by - odpowiednio używając strun głosowych - wykonywać zdalny, bezdotykowy masaż pleców... a kto wie, co jeszcze? Szkoda, zaprawdę wielka szkoda...


   Ale, ale, może jakbym potrenował? Chwila, trzeba by ocenić realistycznie możliwości. Gardło, choć oporne, zapewne wyćwiczyć by się dało... Spoglądam jednak w lustro i porzucam wszelkie nadzieje. Oprócz gardła, z pewnością konieczne byłyby jeszcze szerokie bary i byczy kark, zacięta mina i wysunięta do przodu, przeciwczołgowa szczęka. Nieodwołalnie musiałbym też wypracować dudniący krok i bykomotoryczny sposób poruszania się. A co najważniejsze, trzeba by do tego kompletu doszlifować psychikę...


   Bo jak by nie patrzeć, na nic zda się gardłowe bulgotanie, jak jest ono nieszczere! Kiedy nie ma się ochoty, by wylać otchłań swej wściekłości na otaczający cię świat, to świat nie zadrży na twe słowo, choćby i najdobitniej wypowiedziane. Jeżeli nie ma się tych pokładów goryczy i agresji, to na nic finezja samego, choćby i najstaranniej „napakowanego" wyglądu...


   Chyba właśnie dlatego nie używam przepysznych słówek. Jakoś lepiej idzie mi ekspresja samego siebie z użyciem subtelniejszych środków wyrazu. To chyba takie już kalectwo, współgrające z moją zasuszoną między książkami sylwetką i rękoma nawykłymi do prania skarpetek, a nie do prania po gębie. Ale chyba najpoważniejszym mym inwalidztwem jest to, że jakkolwiek przytłacza mnie ogrom występujących powszechnie zjawisk, którym należałoby się wprost i w twarz parę przepysznych słówek rzucić, to ja się wolę do nich odwrócić plecami i poszukać jasnej strony zmierzchu...