Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Kwestia wychowania

Kiedy byłem dzieckiem w wieku wczesno-przedszkolnym, doszedłem do ciekawego wniosku po obejrzeniu serii filmów kostiumowych. Ich tematyka obracała się głównie wokół dworskiego życia w królewskich pałacach. Zauważyłem, że niezmiernie często określa się tam kogoś mianem „durnia", nieco rzadziej zaś „matoła". Wywnioskowałem w związku z tym, że ów „dureń" to osoba na królewskim dworze bardzo potrzebna i cenna, skoro wokół króla jest tyle takowych osób. Zapewne dwór bez durniów obyć się wręcz nie może, dlatego też król właśnie takimi osobami się otacza i takich do służby potrzebuje. „Matoł" był zjawiskiem nieco rzadszym, występującym w szczególnych sytuacjach, dotarło do mnie więc, że taki ktoś musi być kimś zgoła wyjątkowym.


Minęło niewiele czasu, a zauważyłem rzecz kolejną — niezwykle podobną, tym razem już odnośnie współczesności. Moi rodzice pod adresem partyjnych i rządowych prominentów często też używali słów typu „dureń" tudzież „matoł", obdzielając tymi epitetami tym razem po równo. Czyżby matołectwo w stosunku do durnoty nieco straciło na wartości? Być może. Fakt faktem, utwierdziłem się w przekonaniu, że obie cechy nadal pozostały w cenie od czasów Króla Ćwieczka. Kiedy więc po raz pierwszy ktoś na podwórku obdarzył mnie mianem durnia i matoła, zamiast się obrazić, wypiąłem dumnie pierś, pomyślawszy — a co ty sobie myślisz, toż ja sroce spod ogona nie wypadłem! Po chwili jednak jedno mnie zastanowiło. Wszak nie wywodziłem się z elit współcześnie rządzących... Moi rodzice również... coś tu nie gra. Wróciwszy do domu zapytałem ojca — „Tata, a dla czego ty nie jesteś jakimś ministrem?". Ojciec rzucił mi powłóczyste spojrzenie. „Bo nie jestem idiotą!" — mruknął. No, to niby się zgadza. Postanowiłem jednak drążyć temat — „Tata, a dlaczego ty nie jesteś ani durniem, ani matołem, ani idiotą...?". Ojciec jednak zamiast podtrzymać rozmowę i umocnić osobistą i rodzinną więź z dzieckiem cisnął w kąt gazetę i zaczął coś do mamy krzyczeć, że jak ona mogła nie dopilnować wychowania ich potomka, który nie dość że sam wyrasta na jełopa, to jeszcze próbuje robić wariatów z rodziców. Nie pamiętam, czy to wtedy coś mnie tknęło... Jakby nie było, poczułem się zmuszony kontynuować rodzinną tradycję i nie być durniem, matołem ani też idiotą, choćby miało to zagwarantować wejście do współczesnej elity, prężnej i potężnej — tudzież bogatej.