Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Mój informatyczny lament...

Kilkanaście lat temu pewien komputerowy guru wyrzekł zdanie aktualne do dzisiaj: „Moce obliczeniowe komputerów są wystarczające, brakuje dobrych idei". Podano je na łamach „Entera" w 1992 r. Święte słowa. Serdecznie żałuję, że nie zakonotowałem sobie wtedy gdzieś imienia owego fachowca, gdyż dziś chętnie wystawiłbym mu pomnik, lub chociaż wmurował w fasadę swego domu tablicę pamiątkową, by go uszanować. Jego słowa wybrzmiewają mi do dzisiaj w mojej głowie, a pojawiają się tym uporczywiej, ilekroć na świat wychodzi nowa edycja jakiegoś systemu operacyjnego. Wtedy bowiem rodzi się we mnie nadzieja, że reguła podana przez owego światłego informatyka zostanie nareszcie przełamana. Jak do dzisiaj, niestety, nadzieja owa okazuje się być nadal płonna.

 

Ale może ja niepotrzebnie i zupełnie bez sensu marudzę? Czy aby na pewno brak dobrych idei? Ha, oto jest pytanie. Jednostkowo z pewnością dałoby się wskazać pojawiające się od tamtego czasu znakomite i wdrożone powszechnie idee. Skalowalne czcionki. Jeden mały pliczek, i mamy piękny krój pisma, który sobie możemy powiększać, zmniejszać, od lewego do prawego marginesu jak tylko dusza zapragnie... Czy ktoś jeszcze pamięta, że swego czasu każdy rozmiar czcionki oznaczał odrębny, bitmapowy obrazek dla każdej literki, a jeden komplet takich obrazków mógł mieć kilka megabajtów? Tylko dla jednego kroju pisma! Idźmy dalej w gąszcz genialnych idei. Międzyplatformowy format dokumentu (niech żyje PDF!). Java, html, php i wszystko, co je obsługuje. OCR coraz dokładniejszy i mądrzejszy. JPEG, mp3, wma, DiVX (potrójne vivat!). Akceleracja 3D. Bezprzewodowa sieć Wi–Fi. Długo by wymieniać pomysły, o których jakieś 15 lat temu przeciętny zjadacz sprzętu i  programów nie mógł marzyć, bo nawet nie wiedział, że marzyć można. Dziś nawet nie mówi się o multimediach czy multimedialności, gdyż multimedialność wszystkiego jest obecnie tak oczywista, jak noszenie butów w zimie.

 

To czemu nadal narzekamy? Chyba daje tutaj znać o sobie coś, co nazwałem „efektem Timotei". Parę lat temu producent szamponu Timotei reklamował go jako produkt na bazie „krystalicznie czystej źródlanej wody". Brawo. Tylko co mi z tego, nawet gdyby reklama była prawdą, skoro w moim kranie krystalicznie czystej wody brak? Udział owego kryształu w szamponie jest zupełnie bez znaczenia, skoro muszę sobie tak czy inaczej spłukać łeb tym właśnie ściekiem, co w moim kranie płynie?

 

„Efekt Timotei" to dla mnie właśnie marnowanie dobrej idei poprzez jej niepraktyczne wdrożenie. Ewentualnie, zastosowanie takiej kombinacji idei dobrych i złych, które razem dają efekt zupełnie lub zdecydowanie niwelujący korzystny wpływ mądrych pomysłów.

 

Niestety, można też często zauważyć lepiej znany efekt, zwany „łyżką dziegciu". Mechanizmu nie muszę chyba tłumaczyć. Cała masa znakomitych pomysłów i rozwiązań zepsuta kilkoma fatalnymi szczegółami. Jakby nie patrzeć, czy to od strony szamponu czy cuchnącej mazi dobrze znanej naszym pradziadkom kurującym wszawicę, kwestia dobrych idei polega nie tylko na ich tworzeniu, ale na odpowiednim łączeniu. Oraz ich odpowiednim inwestowaniu.

 

Tylko w co inwestować dobre idee? Tu przydałyby się dwa słowa rozjaśniające tło. Zauważmy, że mało kto kwestionuje dzisiaj sensowność stosowania graficznego interfejsu użytkownika w okienkowym stylu plus całego dobrodziejstwa inwentarza w rodzaju wielozadaniowej pracy, skalowalnych fontów wektorowych, itp. Dobra idea? Z pewnością. Mało kto pamięta, że jest to idea zaciekle krytykowana przez przytłaczającą większość programistów i komentatorów branżowych z ubiegłego stulecia – do dzisiaj flaki mi się przewracają na wspomnienie niektórych (do dzisiaj piszących mądre teksty) „komputerowych guru", którzy z pianą na ustach krzyczeli, że przecież DOS każdemu wystarczy, Clipper rządzi, WordPerfect jest dla fachowców a nie dyletantów, no i po co komu wielozadaniowość w Windows, jak może mieć taką samą w DesqView dla DOS. Ba! Pamiętam, jak ktoś wylewał wiadra pomyj na poczciwą komputerową myszkę, twierdząc, że po co komu to badziewie, jak z klawiatury obsługuje się wszystko setki razy szybciej... Dziś powiedzielibyśmy – zacofani szaleńcy. Ale wtedy? Gdzie tkwił ich błąd? Nie zauważyli, że istnieją trzy strony medalu – awers, rewers, oraz pierś, na której medal ów spoczywa (jak to jasno wykazał nieodżałowany Stanisław Jerzy Lec). Świat komputerów to nie tylko programiści i sprzęt. To również użytkownicy. Zwykli, przeciętni, chcący zrobić na komputerze coś konkretnego, co by im ułatwiło życie lub wręcz umożliwiło wykonanie do tej pory niewykonalnego zadania. Użytkownicy będący specjalistami w swojej zawodowej dziedzinie, dostający jednak piany na ustach na widok instrukcji archiwizera, nakazującej wpisanie czegoś w stylu:  ARJ a e:backup –r –vvas –a1 –b2 –hk –js –jt –jic:\backup.inx –wc:\ –m3 (a któż dziś czuje się zmuszony coś takiego wstukiwać!). Użytkownicy nie widzący niczego zabawnego w nabywaniu tajemnej wiedzy na temat opcji i funkcji prowadzących długą i zawiłą drogą do jasnego celu. Użytkownicy, patrzący kilkanaście lat temu na ciemny ekran uruchomionego WordPerfect'a i drżący przed naciśnięciem kolejnej sekwencji klawiszy: najpierw F–cośtam, potem cyferka, potem tak, potem nie, potem cyferka, potem druga cyferka, na koniec znowu F–cośtam – no i wreszcie mamy tu font pogrubiony i powiększony. Użytkownicy chcący po prostu kliknąć i mieć. Co więcej, użytkownicy mający świadomość, że ich oczekiwania są jak najbardziej teoretycznie możliwe do spełnienia. I dlatego właśnie dostający piany na ustach, bo widzący, że ich oczekiwania są totalnie ignorowane. Tak, kochani, kto pamięta WordPerfecta w wersji dla DOS–a, ten może też i zna owo uczucie ciężkiej frustracji.

 

Dzisiaj świat stanął na głowie – ale na jej drugim biegunie. Pocimy się nad bajerami i wodotryskami mającymi przyciągnąć użytkownika i ułatwić mu życie. Microsoft liczy ilość kliknięć prowadzących do celu i staje na głowie, by ją zminimalizować i by najpopularniejsze zadania ustawić na początku klikania, zaś te zaawansowane obdzielić większą ich miarą. Projektuje się prześwitujące okienka, żeby użytkownik na wszelki wypadek wszystko widział (jakby to miała być bluzka Pameli A.). Każde kliknięcie owocuje zabrzmieniem innego brzęczyka w zależności od kontekstu, że w zasadzie można by klikaniem odtworzyć uwerturę do opery „Wilhelm Tell" pisząc maila do kumpeli i zachowując jego romantyczny charakter...

 

Chyba ktoś tu zapomniał, że sprzęt ma określone wymagania i ograniczenia, a i programiści bywają omylni. Właśnie stąd te wszystkie „zwisy" i przykry fakt, że najnowsza gra niemiłosiernie nam się „żabi" na całkiem nowym i mocnym do niedawna zestawie. Dziwne doprawdy, ale mam wrażenie że właśnie producentom oprogramowania powinno najbardziej zależeć na tym, by klient nie musiał przed zakupem softu zbierać mozolnie każdej złotówki na nowy komputer. By mógł ten program po prostu kupić, zainstalować, i już. Nie zastanawiając się, czy nie należałoby po raz n–ty zmienić procesor, by móc spokojnie i bez nerwów przeformatować 200–stronicowy dokument tekstowy, czy dorzucić drugie tyle pamięci, by odpalić nowy Office. Bo przecież jeśli klient musi najpierw wydać pieniądze na sprzęt, to może mu ich zabraknąć na zakup oprogramowania. Ewentualnie po zakupy zwróci się do pirata. Ale cóż, jest jak jest. Historia się powtarza, tyle że czasem powraca w nieco innej inkarnacji.

 

Ja nadal nie pojmuję, dlaczego mój obecny AMD X2 5600+ z WinXP zapewnia mi podobny komfort codziennej pracy co Pentium 700 MHz z Win98 sprzed sześciu laty? Bo co do gier, to przynajmniej w niektórych wypadkach jak najbardziej widać, że mamy kopa do przodu, zaś ich apetyt na nowe moce obliczeniowe jest nierzadko zrozumiały i uzasadniony. Ale dlaczego w zwykłej sferze zastosowań non–stop jest tak, że aby usunąć dokument z kolejki do wydruku trzeba czekać kilka minut, zupełnie jakby chodziło o przeliczenie całości danych zebranych z radioteleskopów SETI? Dlaczego tak często wysiada mi zwykła najzwyklejsza obsługa otwartego okienka w Eksploratorze WindowsXP i jego zamknięcie znów trwa wieki? Dlaczego kopiowanie z CD – nawet, jak się go włoży do napędu z najnowszym interfejsem SATA–2 – zamula system dokumentnie, bez względu na to, czy mam 300 MHz czy 3 GHz na procesorze? No i gwóźdź programu, na który nadziałem się przy zetknięciu z Windows Vista Home – usunięcie głupiego, kilkubajtowego  skrótu z Pulpitu zajmowało na komputerze Core2Duo 1,8 GHz z 2GB RAM–u ponad dwie minuty...

 

Miałem przez ostatnie dwadzieścia parę lat ponad dwadzieścia komputerów – od Atari 800XL w 1987 r. do wspomnianego dwurdzeniowego AMD dzisiaj – i o ile widzę rozwój pod względem tego, do czego mocniejszy sprzęt może służyć (Divx mamy relatywnie od niedawna, kompresja do mp3 w 2000 r. trwała godzinami) – o tyle widzę, że Windows w wielu wypadkach tkwi nadal w martwym punkcie, a jego rozszerzenia mają często pozory funkcjonalności. Ba! Ewidentna panika związana z przebąkiwaniem Microsoftu o wycofaniu Windows XP ze sprzedaży i obsługi posprzedażnej jest najlepszym dowodem na to, że Windows Vista nie należy do postępowych osiągnięć myśli informatycznej, a jest dowodem na tragiczny w swych rozmiarach regres... Ha, brnijmy dalej. Skądinąd chwalebny pomysł wymuszania na programistach pisania słusznych ideowo programów zgodnych z doktryną bezpieczeństwa, sprowadza się do karania użytkownika za instalowanie nieprawomyślnego oprogramowania – mechanizm wyskakującego okienka w nieskończoność żądający potwierdzenia przez użytkownika podejmowanej przez program akcji... Czyż nie lepiej byłoby wymusić na twórcach pisania od razu pod ośmiordzeniowe procesory nowej generacji, zrywając przy okazji z przestarzałą technologią x86? Jeżeli stare programy i tak nie działają pod Vistą, albo w najlepszym przypadku – działają źle... Po cóż męczyć „usera", skoro i tak musi on kupić wszystko od nowa? A że musi kupić, to mu się uświadomi poprzez zaprzestanie produkcji zarówno przestarzałego sprzętu, jak i oprogramowania... Przynajmniej na hasło „Kolejny Nowy Windows" nie będą się w użytkownikach budzić zasiedziałe koszmary z dzieciństwa...

 

Chłopaki Microsoftnięte, ja wiem, że rynek ciśnie, kryzys szaleje, konkurencja gniecie kark a rozszalały tłum domaga się nowości, ale błagam, zróbcie w tym szaleństwie coś dopracowanego, za co z czystym sumieniem wyłoży się na stół tych kilkaset złotych...