Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Bijące serce tematu

W mediach coraz częściej się o tym mówi. Buszując w Internecie, przeglądając blogi, można nadziać się na relacje mnóstwa osób, które to spotyka.


Bicie.


Bicie przez partnera.


Znęcanie się, wyzwiska, prześladowanie psychiczne i fizyczne, a wszystko to ze strony tej teoretycznie najbliższej osoby.


Najczęściej to panowie biją panie. Bywa i odwrotnie. Ale jakoś najczęściej narzeka się na brutalność tej brzydszej płci. Spójrzmy więc na tę stronę medalu.


Tą kwestię można podsumować krótko i konkretnie – używanie przemocy wobec bezbronnej i słabszej fizycznie kobiety, nierzadko skazanej na towarzystwo prześladowcy, jest zwyczajną zbrodnią, zachowaniem poniżej godności mężczyzny. Nic tego nie usprawiedliwia. Nie po to kobieta wiązała się  dobrowolnie z mężczyzną, żeby być obiektem ataków i przemocy. OK., ale takie podsumowanie niczego nie załatwia. Pozostaje też pytanie, skąd się problem bierze i dlaczego jest tak powszechny?


Obserwując świat i ludzi naszło mnie kilka spostrzeżeń. Odniosłem wrażenie, że świadomość pewnych faktów mogłaby czasem niektórym pomóc uniknąć tego, co się może zdarzyć „po".


Po pierwsze, zauważyłem, że kobiety mają przeważnie wyidealizowane, a nie realistyczne wyobrażenia na temat ich przyszłych partnerów. To raczej nic nowego, dotyczy ogółu młodych ludzi płci obojga. Niemniej, o ile młodzieńcy zwykle szukają pięknej księżniczki, która nigdy nie przybierze na wadze i z którą zawsze będzie dobrze i która zawsze będzie słodka i zadowolona, o tyle dziewczyny na skutek swoich oczekiwań wpadają w znacznie gorszy kanał. Podświadomie bowiem szukają „samców alfa" – mocnych, twardych, stanowczych, przywódczych. Takich, co sobie poradzą, co obronią, przy których będzie bezpiecznie. Zwykle dochodzi do tego wymóg, by chłop był zabawny i dobrze tańczył. Nie zwraca się natomiast uwagi na odpowiedzialność faceta, na jego subtelność, bogactwo wewnętrzne, wrażliwość, itp. – ewentualnie uważa się, że jest to „oczywiste" i przypisuje facetowi ten komplet zalet zupełnie na wyrost. Kobieta mierzy partnera własną miarą i według własnych wyobrażeń. Że ten będzie zawsze z nią, że będzie tylko jej, że będzie księciem z bajki, jak nie teraz, to w najbliższej przyszłości. Z czasem przychodzi rozczarowanie. Potrzeby czułości i bezpieczeństwa okazują się niezaspokojone. To powoduje rzecz jasna frustrację u kobiety, którą przelewa ona na dotychczasowy obiekt uczuć – na faceta. Zaczyna narzekać, wytykać, wymawiać, zaczynają się zarzuty typu „ty zawsze", oraz „ty nigdy". Wtedy okazuje się, że facet bywa twardy nie tylko dla tych „złych z zewnątrz" – ale też dla swojej kobiety. Pomijając to, co po drodze – w końcu frustracja u kobiety, uporczywie przelewana na faceta, prowadzi go do rękoczynów.


Tym wywodem nie chcę usprawiedliwiać faceta. To nie jest usprawiedliwienie, tylko wyjaśnienie pewnego mechanizmu. Facet, jeżeli nie odznacza się odpowiednim poziomem, wychowaniem, dojrzałością, odpowiedzialnością, po prostu pewnych oczekiwań kobiety nie spełni, a na wymówki i wyrzuty w pewnym momencie zareaguje przemocą. Dlaczego? Bo inaczej zareagować nie umie. Zaś na wewnętrzną przemianę, na podniesienie standardu swojej osobowości – zazwyczaj nie ma najmniejszej ochoty, bo przecież problem przeszkadza nie jemu, tylko jego partnerce, więc problemem staje się nie jego wada, a właśnie partnerka i jej narzekanie. Rozwiązanie? Uciszyć.


 Ale to tylko pierwszy scenariusz. Jedynie kawałek problemu. Kolejna kwestia – to swoista „antysolidarność" kobiet. Niestety, ale kobiety które spotkały się w życiu z brutalnym traktowaniem, które nie miały w swoich facetach żadnego oparcia – zwykle uważają, że skoro im się nie ułożyło, że skoro one były bite i poniżane – to niby czemu innym babom miałoby być lepiej? Stąd się biorą okrutne teksty w stylu – „na pewno sprowokowałaś!", albo „należało ci się!" – i tak dalej. Klika ciężkich bab nie znosi myśli, że jakiejś kobiecie mogłoby być dobrze ze swoim facetem. Jak ma być źle, to wszystkim po równo!


Nie chcę twierdzić, że wszystkie kobiety doświadczone przez los stają się z gruntu złe i nieżyczliwe. Czasem ich światopogląd kształtuje się niezależnie od nich – ze względu na wychowanie, gotowe są przede wszystkim szukać winy u siebie. Skoro takim utartym szlakiem zawsze obwiniają siebie, nic dziwnego, że w zetknięciu z problemem dotyczącym innej kobiety stosują ten sam model rozumowania: „sama jesteś sobie winna". No cóż, równie dobrze można by powiedzieć – kobieto, najlepiej od razu przeproś za to, że żyjesz!


Zazwyczaj problemy dotykające ludzi są złożone i nie sposób podsumować ich na zasadzie „to wszystko jego wina", albo „znowu w czymś zawiodłam". Ale nie chodzi mi o podanie metody prowadzenia rozprawy sądowej na forum rodziny z udziałem ławy przysięgłych złożonych z sąsiadek i przyjaciółek, ferujących wyroki w stylu „zasłużyłaś", albo „każdy facet to świnia". Chodzi mi o co innego. Zazwyczaj ów Wysoki Trybunał Rady Najwyższej najbliższych towarzyszek umacnia kobietę w przekonaniu, że problemu i winy musi szukać tylko u siebie. Że jeżeli czegoś nie zmieni – to zawsze będzie obrywać, a co najgorsze – że zawsze będzie to tylko i wyłącznie jej wina, bo tak już ten świat jest ułożony, że winna jest zawsze „ona", nigdy „on". Tymczasem trudniej o bardziej destruktywne przekonanie! Pomijam oczywiście przypadki, kiedy to istotnie kobieta w czymś nie dopisuje (np. notorycznie szlag ją trafia, że jej mąż nie jest jeszcze prezesem rady nadzorczej dużego banku, mimo że ma – tak jak i wszyscy – całkiem niezłe podstawowe wykształcenie), choć – co podkreślam – nic nie usprawiedliwia stosowania wobec partnerki przemocy w jakiejkolwiek formie.


Przekonanie o wiecznej i nieustającej winie leżącej zawsze po stronie kobiety jest destruktywne dla obojga. Kobieta, doszukując się jej u siebie, nigdy nie dojdzie do źródła problemu, a więc też nigdy nie znajdzie skutecznego środka zaradczego. Facetowi się nie pomoże, bo tylko będzie się go utwierdzać w przekonaniu, że „chłop ma zawsze rację". Ewentualnie wszelkie słowne pretensje będzie on odbierał nie jako sugestie do wprowadzenia zmian, tylko jako kolejne „zrzędzenie", następny atak na jego bezsporną pozycję „głowy". Przed atakiem trzeba się bronić... I kółko się zamyka.


 Trzecia warstwa problemu. Coś, co jest chyba jedną z zasadniczych przyczyn powstawania nieudanych, toksycznych związków. Głód uczucia. Niejedna kobieta bardziej boi się samotności, niż bicia i poniżania. Boi się zmian. Strach przed byciem odrzuconą, przed tym, że przecież i tak nie będzie lepiej, że i tak nikt lepszy mi się nie trafi – to jest chyba zasadnicza blokada u większości źle traktowanych kobiet. Głód uczucia jest też paskudną pułapką, w którą wpada całe mnóstwo dziewcząt, mających złe stosunki z rodzicami, szczególnie z ojcem. Chcą jak najszybciej wyrwać się z domu, chcą kogoś mieć, kogoś kochać i być przez kogoś kochaną. Nie zależy im na jakości tego kogoś – a raczej trzeba by powiedzieć – dla takich dziewczyn każda jakość, nawet „BYLEJAKOŚĆ" jest postrzegana jako „SUPER JAKOŚĆ". Każdy „fajny" chłopak urasta do rangi „księcia z bajki". A potem się okazuje, że chłopak chciał po prostu „zaliczyć" kolejną. Ewentualnie, gdy dziewczynie uda się wejść w stały związek, myśli ona, że musi cały czas za uczucie „płacić", godzić się na wszystko, z czasem nawet na bicie i poniżanie, no bo taki jest po prostu „koszt" upragnionego uczucia.


Owszem, zdarzają się przypadki, kiedy z pozoru cudowny chłopak, inteligentny, wrażliwy, spokojny i opanowany – zmienia się po jakimś czasie w cynicznego potwora. Bywa, że jest to wynikiem depresji, rozczarowania, dołującej presji otoczenia, efektem jakiejś życiowej czy zawodowej porażki. Ale bywa też tak, że z człowieka wyłazi drugie dno. Cóż, wchodzenie w związek tak bliski jak małżeństwo jest zawsze obarczone wysokim ryzykiem. I tworzenie wolnych związków nie jest na to żadnym panaceum. Związek kobiety i mężczyzny – czy to sformalizowany, czy tzw. „wolny" – polegający na prowadzeniu wspólnego gospodarstwa domowego, czy nawet ograniczający się tylko do kontaktów intymnych - z definicji cechuje się istnieniem pewnych ograniczających człowieka więzi. Więzi emocjonalnych, majątkowych, prawnych, społecznych. Żaden związek nie jest tak naprawdę „wolny" (te dwa pojęcia są ze sobą sprzeczne – albo wolny, albo związek). Powiedziałbym nawet, że akceptacja owych „wolnych związków" przynosi więcej szkody niż pożytku (nie zrozumcie mnie źle, nie nawołuję do ich piętnowania, jeżeli jestem im przeciwny, to głównie ze względów praktycznych) – rodzi bowiem pozorne przeświadczenie, że „jak mi się coś nie uda, to przecież zawsze możemy się rozstać". Nie zawsze jest to takie proste, a zawsze wiąże się z mniejszymi lub większymi konsekwencjami... Postawienie sprawy jasno od początku – nie interesuje mnie nikt „na próbę", tylko ktoś na całe życie, uświadamia obojgu powagę sytuacji – czy naprawdę właśnie z tym kimś chcę się wiązać na poważnie? A jeżeli ja tak, a on nie – to czy jakiekolwiek „próbowanie" ma sens? Czy kogoś w ten sposób do siebie przekonam?


Dobra, ale odszedłem od tematu. Wolne związki, małżeństwo i dobre rady Babci Stasi to temat na oddzielny esej. Wracam do  b i j ą c e g o  serca tematu.


Wspomniałem na początku o patrzeniu przez różowe okulary na przyszłego partnera. Miłość zaślepia, a jeszcze bardziej zaślepia miłość zauroczona. Najbardziej przykre jest to, że zwykle ludzie mają bardzo niewygórowane oczekiwania wobec siebie. A na dobrą sprawę wystarczy być miłym, wiernym, tudzież aktywnie zainteresowanym pomyślnością tej drugiej osoby. Za tak niewiele można dostać tak wiele! Dlatego też bardziej szkodliwy jest ten idealny obraz cudownego mężczyzny, jaki maluje sobie w głowie dziewczyna, niż nierealistyczne oczekiwania. Oczekiwania bywają skromne, ale najgorsze jest przeświadczenie, że oto ten właśnie konkretny egzemplarz faceta owe oczekiwania spełni. Bo jeżeli oczekiwania są wygórowane, to wtedy droga do załamania się związku jest po prostu szybsza i pewniejsza. Niemniej zasadniczym powodem kłopotów, jest błędna ocena przydatności faceta do wspólnego życia. Potem punktem kulminacyjnym, owym sięgnięciem dna, może być właśnie ten moment, kiedy facetowi ręce polecą do bicia. Następnie, kiedy facet już raz się przekonał o skuteczności (i bezkarności) stosowanej metody, kiedy raz a dobrze uporządkowało się za jej pomocą wszystkie kłopoty i narzekania, to co miałoby niby powstrzymać chłopa przed powtórką z rozrywki? Poczucie przyzwoitości? Nie żartujmy...


Dziewczyny! Ja Was proszę! Szanujcie się – same siebie, oraz siebie nawzajem! Jesteście lepszym kawałkiem rodzaju ludzkiego, mówię to Wam ja – facet. Zauważam, że – na nieszczęście – dookoła jest znacznie więcej wspaniałych kobiet zasługujących na wspaniałych facetów, niż wspaniałych facetów zasługujących na wspaniałe partnerki. Ale to tym bardziej oznacza, że wielu facetów – dopóki się nie nauczą zachowywać tak, jak na prawdziwego mężczyznę przystało – po prostu nie nadaje się na towarzysza życia. Dziewczyny, bądźcie bardziej wybredne!


Niemniej, proszę, nie przesadzajcie też z tą wybrednością! Warto ją ukierunkować we właściwą stronę. Tu jest druga strona medalu. Jest na tym świecie całe mnóstwo chłopaków, których jedyną wadą jest nieśmiałość, zbyt grube okulary czy brak umiejętności zachowania się w dyskotece, albo też ograniczenie w rozróżnianiu koszuli modnej od tej „obciachowej". Gdyby facet mógł sobie znakomicie radzić w tych kwestiach bez Was, znacznie mniej byłybyście mu do szczęścia potrzebne. A tymczasem bycie komuś potrzebnym jest przecież najlepszą miarą wartości człowieka. Moja skrótowa recepta na super udany związek – kobieta musi być potrzebna mężczyźnie do szczęścia bardziej niż mecz sportowy, wędkowanie i piwo. Czy cokolwiek innego. I tylko wtedy taki koleś, pod wpływem potrzeby, będzie w stanie wyrobić w sobie jakieś zalety, którymi będzie mógł uszczęśliwić kobietę. Bo facet, któremu do szczęścia nie jest potrzebna kobieta, nie przyda się na nic żadnej kobiecie. (Uwaga! Mówiąc „kobieta" mam na myśli całą kobietę, a nie tylko jej kawałek! Ani też nie mówię o „dobrodziejstwie inwentarza" kobiety, pod tytułem pranie, prasowanie, gotowanie czy cokolwiek innego – mam na myśli konkretnego żywego człowieka i jego osobowość, a nie „usługi pochodne"). Aha, rzecz jasna, zasada ta jest aktualna też i w drugą stronę.


Czasem szukamy kogoś, kto będzie dla nas idealny, a nie myślimy o tym, czy my możemy być idealni dla tego kogoś. Czy się w ogóle nadajemy...


Nie próbuję podawać żadnej rady, co robić w takiej sytuacji. Jeżeli chłopu lecą ręce, to kobieta ma pełne prawo dać mu kopa w tylną część ciała, a cała reszta społeczeństwa ma obowiązek ją poprzeć i wesprzeć. Obojętnie, czy „sama była sobie winna", bo prowokowała. Całkiem możliwe, że jakiś konkretny egzemplarz kobiety nie nadaje się do życia w związku. To niech w tym związku nie żyje!  Nie ma takiego obowiązku. To facet był frajer, że sobie wziął ciężkie kłótliwe babsko, jak dookoła tyle wspaniałych, miłych i subtelnych dziewczyn. Tak, panowie, jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji. Wystarczy, że myjemy codziennie rano zęby, zmieniamy bieliznę i koszule, dbamy o czystą fryzurę, zażywamy codziennie kąpieli i zawsze odnosimy się do Pań jak dżentelmeni. Warto mieć też jakieś zainteresowania wykraczające poza Ligę Mistrzów, wędkowanie i piwo. Warto też pytać Panie o ich zainteresowania. Zdecydowanie dobrze jest nie być bezrobotnym. Nie zawsze nawet trzeba umieć tańczyć (sprawdziłem! nie umiem!). To wcale nie jest długa lista! Panom na tym świecie lepiej jest i basta. Ale to rodzi efekt w drugą stronę. Tak naprawdę za szczęście w związku znacznie bardziej odpowiedzialni jesteśmy my, faceci. Nie oznacza to, że TYLKO na nas ciąży ta odpowiedzialność. Tego nie powiedziałem. Ale – co twierdzę niezbicie – użycie przemocy w rodzinie, wobec współmałżonka, bezwarunkowo odbiera jakiekolwiek racje temu, kto owej przemocy używa. Podkreślam, nie ma takiego powodu, który by tę przemoc uzasadniał. Nawet, jeżeli kobieta przyprawia facetowi rogi, to się ją po prostu zostawia. Brzmi to brutalnie, ale czy nie słusznie? Po co mam się wyżywać na kobiecie, która mnie zawiodła? Czy – jeżeli dam jej łupnia – to czy cokolwiek naprawię, czy będę ją dalej kochał? Mam do wyboru – wybaczyć, albo przegnać na cztery wiatry. Może będę musiał się wynieść z jej mieszkania. Mogę mieć szereg innych problemów, ale żadnego nie rozwiążę, jeżeli dam jej w pysk. Tylko stworzę nowe. Zrujnuję tym samym jeszcze więcej. Jak mojej kobiecie ma być z kimś lepiej, niż ze mną, to proszę bardzo! Nie powiem, żeby mi nie było żal, nie podejdę do tego beznamiętnie, ale jeżeli moja kobieta mnie nie docenia, to nie jest mnie warta. Niczego nie zmienię biciem. Owszem, jest jeszcze inna ewentualność. To JA mogę być problemem, to ja mogę być facetem, z którym kobieta nie może wytrzymać. Wtedy tym bardziej niczego nie załatwię przemocą. Muszę stulić uszy po sobie i wypracować w sobie coś, co mnie uczyni wartościowym, tak, by drugiej osobie CHCIAŁO się ze mną być, żeby ten ktoś dbał o mnie i pragnął być ze mną, żeby dla mnie był gotów na poświęcenia i ofiary. Żeby tak było, to ja muszę w jakiś sposób być tego wart. Rachunek jest więc prosty (dla faceta). Albo ja jestem cenny, ale niedoceniany, więc po prostu szukam kogoś, kto mnie doceni. W takim wypadku chęć odwetu wydaje mi się niska i prymitywna. Ale może być tak, że to ja jestem wart za mało i komuś jest ze mną źle, to ja kogoś zawiodłem, a więc powinienem, jeżeli jeszcze mogę, ratować co się da i naprawiać swój wizerunek, a nie psuć go do reszty. Powiedziałem, że rachunek jest prosty dla faceta. Niestety, dla kobiety troszkę się komplikuje. Dzieje się tak dlatego, że nieudane związki znacznie bardziej obciążają konto kobiety, niż mężczyzny. Straszne i niesprawiedliwe, ale niestety, funkcjonujące. Dlatego właśnie powiedziałem, że facetom w życiu lżej. Mają większą pulę szans na zmarnowanie. Wartościowy facet prędzej czy później zostanie doceniony, chyba że nie daje na to nikomu szans (trudno). Wartościowa kobieta może znacznie łatwiej pozostać na lodzie. Niestety.


Między innymi z powodów wymienionych powyżej uważam, że otoczenie powinno stanąć murem wokół bitej kobiety. Może to być baba nie warta faceta, może to ona chłopu życie zmarnowała, ale w najlepszym razie facet powinien sobie poszukać kogoś innego, a nie lecieć z łapami. Szczególnie, jeżeli twierdzi, że on sam nie jest winien. Życie będzie najlepszym sędzią. Wartościowy człowiek w końcu trafi na wartościowego człowieka. „Bo to zła kobieta była" – powiesz. Ok., znajdź dobrą. Jak to ona zła była, a ty byłeś jak trzeba, to spoko, stary, znajdziesz inną! Superancką babkę znajdziesz, nie martw się! Super facet zawsze trafi na super babkę, po prostu nie ma innego wyjścia. Tych super babek jest po prostu więcej niż super facetów, masz stary w tym temacie naturalną przewagę. Ale jak to ty byłeś drań, pijak, furiat, szajbus, dziwkarz, bęcwał, obibok, to teraz bądź sam i nie zawracaj ludziom głowy. Drani, pijaków, furiatów i obiboków mi najnormalniej w świecie nie żal, są to jednostki w naturalny sposób skazane na samotność. Szkoda tylko, że osoby, które się na nich natykają w życiu, nie zawsze umieją się na nich poznać, a potem płacą z własnej kieszeni koszty wystawienia im certyfikatu drania, furiata, pijaka i obiboka. Tych mi szkoda.


Napisano na ten temat sporo książek, ale problem pozostaje. Nie on zresztą jedyny spędza ludziom sen z powiek. Wtrąciłem tutaj swoje trzy grosze. Nie uważam, że sprawa jest prosta, mimo że starałem się w miarę prosto ją przedstawić. Nie uważam też, jakobym powiedział wszystko, co dotyczy zasad zawierania związków i pozostawania w nich. Chciałem się jedynie wypowiedzieć w kwestii bicia, w dodatku kwestii widzianej tylko z jednej strony. Nadal trudno mi się zorientować w temacie „kiedy kobieta bije faceta". Tutaj zupełnie głupi jestem, przyznaję.


Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie – wspaniałych chłopaków i wspaniałe dziewczyny! Życzę Wam, byście na siebie trafili. To zdumiewające, ale jak wiele potrafią ludzie sobie dać, mając do dyspozycji jedynie siebie samego i nic poza tym!


Niestety, na tej samej zasadzie, ludziska mogą sobie również ciężko zaszkodzić. Też tylko samym sobą, niczym więcej...


Primum non nocere...


Temat uważam za niewyczerpany...


Można by go ciągnąć jeszcze długo...


 pozdrawiam