Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

O podatkach słów kilka...

Nikt nie lubi, jak się mu wyciąga pieniądze z kieszeni. Naturalny i zdrowy odruch. Ciekawe, że z dystansem odnosimy się też do wszystkich, co nam pieniądze za darmo chcą do ręki w cisnąć. Wietrzymy w tym od razu jakiś podstęp. Kiedyś zrobiono eksperyment – każdemu przypadkowo spotkanemu na ulicy proponowano 10 zł. Proponowano – czyli nie rozdawano z koszyka, ale zatrzymywano i pytano, czy nie chciałby dostać 10 zł. Zdarzało się, że ludzie uciekali, wyczuwając w tym jakąś podpuchę. To też zdrowe, ale wróćmy do wyciągania kasy. Lubimy, gdy cena za towar jest tak niska, jak to tylko możliwe, a ów towar maksymalnie dobry. Nie dziwne, że nas wnerwia, że do ceny towaru ktoś dolicza akcyzę, podatek, marżę. Ja tego w zasadzie też nie lubię. Dlatego między innymi nie chodzę do knajp, bo mnie wnerwia, że za sam fakt, iż żarcie podaje mi elegancko ubrany kelner, muszę płacić 100-krotność ceny tego żarcia. Chodzić do knajp nie muszę... cenię sobie atmosferę przytulnych tureckich żarciowni z kebabem...

 

Ale, ale, znów bym się rozgadał. Wróćmy do suchego tematu wyciągania forsy z kieszeni. Naród nie znosi, jak mu się wyciąga dutki z trzosa pod hasłem nowego podatku „na cośtam". Słyszę głosy – przecież ja i tak straszną kasę już płacę, więc co ja wreszcie za tę kasę dostanę? Oni przecież mają tyle forsy (to pod adresem rządu) – czego oni jeszcze chcą?

 

Ano, nie dalej jak pięć minut temu przeczytałem, że ma być wprowadzony 1% podatek, pobierany od producentów sprzętu audio-video, w celu sfinansowania wielkiego przedsięwzięcia – powszechnej cyfryzacji narodowego dorobku audiowizualnego, czyli filmów, programów TV, audycji radiowych i tego wszystkiego, co od lat pleśnieje w analogowej formie w archiwach Państwowych Imperiów Medialnej Kultury. Moje serce podskoczyło. Rety! Ależ chętnie ściągnąłbym z Internetu, legalnie, w dobrej jakości, kilka filmów znanych mi z dzieciństwa, po których ślad dawno zaginął... Był sobie na ten przykład film o chłopczyku, co miał ukochanego psa, który to pies zagryzł gołębia pocztowego - a gołąb ten był oczkiem w głowie całego podwórka. Chłopczyk, by nie być odrzuconym przez kolegów, oddał psa na wieś, do gburowatego gospodarza, choć pies tęsknił za nim, a chłopiec za psem. Mimo wszystko, gdy pies się gospodarzowi urwał i do chłopca wrócił, ten, by zachować podwórkową lojalność, psa do siebie nie przyjął... Do dziś mi się łezka w oku kręci na wspomnienie tego filmu. I oto proszę bardzo, jest szansa, że ja ten film jeszcze obejrzę, a na dodatek swoim dzieciom pokażę! No tak, tyle że... trzeba zabrać na ten cel 150 milionów polskich nowych złotych, a zebrać się je ma z kieszeni klientów, kupujących nowe telewizory...

 

I co ja na to? Chętnie kupię nowy telewizor, by te marne 1% jego ceny poszło na tak szczytny cel, jak cyfryzacja dorobku polskiej kinematografii. Rozumiem bowiem, że mimo iż nasze pieniądze są notorycznie marnowane przez rozmaite urzędy i agendy państwowe, mimo iż Urząd Skarbowy w Wołominie bezprawnie zabrał mi ponad 3000 zł nienależnego podatku od zakupu ziemi rolnej (której obrót zwolniony jest z opodatkowania), to niemniej wszystkie te defraudacje, hece i przekręty toczą się niezależnym trybem od bieżących potrzeb.  I mam tego świadomość, że jeżeli czegoś się nie sfinansuje, to się to coś za darmo nie zrobi. Jeżeli w szpitalu brakuje pielęgniarki do pomocy, to ja rozumiem, że trzeba ją sobie prywatnie wynająć i nie drę dzioba, że przecież jakaś z urzędu powinna być do mojej dyspozycji. Jeżeli nie mam forsy na pielęgniarkę, to muszę sobie radzić bez niej. Bo i sam nie mam ochoty pracować za darmo, mając rodzinę na utrzymaniu. Jeżeli jakiś ordynator przepił forsę na podwyżki dla salowych, to ja tym bardziej jestem za tym, żeby forsa trafiała do kieszeni tych miłych pań bezpośrednio z mojej ręki, bez pośrednictwa biurokracji.

 

Jednocześnie rozumiem to, że nie wszystkie przedsięwzięcia mogą być komercyjne. Jeżeli ktoś miałby cyfryzować zasoby kinematografii i audiofonii  w ramach nadziei na ich zyskowną sprzedaż, to po pierwsze – jakim prawem miałby dobierać się do zasobów, będących przecież własnością społeczną, tylko po to, by tę własność ponownie społeczeństwu sprzedawać? Po drugie – a któżby chciał kupować archiwalne wydanie „Jacka i Agatki", nawet za przysłowiową złotówkę? Po trzecie – nie sądzę, żeby znalazł się prywatny chętny, by na warsztat brać film o psiaku i chłopaku, bo nie widzę perspektyw na to, by ktokolwiek miał na tym prywatnie zarobić. Takie przedsięwzięcie może być tylko zorganizowane w ramach publicznej troski o kulturalny dorobek narodowy. No, chyba że sie zdarzy cud i znajdzie się jakaś fundacja... Oby...

 

Przyzwyczajeni jesteśmy, że wszystko, co publiczne, dostajemy za darmo. Nie, kochani, tu nie ma nic za darmo. Jest albo za żywą gotówkę, albo za zapłacone kiedyś podatki, które zamiast do naszej kieszeni, poszły na konto Urzędu Skarbowego. Każdy, kto tak głośno gardłuje, że tyle podatków zapłacił, niech się zastanowi, ile razy odwalił chałturę w szarej strefie i się przed Państwem i Prawem z dochodów swych nie wytłumaczył. A poza tym, musimy zrozumieć, że są rzeczy, które po prostu kosztują. Jakimś cudem nasze 200 zł płacone jako ZUS-owska składka zdrowotna nie wystarcza, by Polska Służba Zdrowia mogła znakomicie prosperować i świadczyć nam usługi na królewskim poziomie. Nieudolność polityków i machiny biurokratycznej też robi tutaj swoje, ale nie oszukujmy się, nie kupimy nowego Mercedesa za dychę. Za wizytę w prywatnym gabinecie też muszę zapłacić. Jakby nie liczyć, najbardziej opłaca się nie chorować...

 

Krótko mówiąc, moim skromnym zdaniem, nie wyciągniemy od naszego biednego Państwa więcej, niż mu zapłaciliśmy. Nie ma też co się zżymać na to, że ileś tam milionów naszych polskich pracowicie zarobionych złotych zostało zmarnowanych, zdefraudowanych i przepitych. Tak jest i tak zawsze w tym kraju będzie. Komu się to nie podoba, ten już chyba stąd wyjechał. Mnie się to też nie podoba, ale ja tu siedzę, bo dla mnie w tym kraju – oprócz jego paskudnych wad – tkwią również zalety. Poza tym, jakby nie patrzeć, jacyś ludzie nas leczą, jacyś inni naprawiają drogi, jeszcze inni uczą nasze dzieciaki... jedni to robią byle jak, ale całe mnóstwo robi to całkiem nieźle. Więc nie jest jeszcze tragicznie! Nie zapominajmy, że systemy socjalne w Europie budowano dłużej i wniesiono tam znacznie większe wkłady finansowe, więc nie może być u nas od razu tak, jak w Szwecji. Co więcej! Myślicie że w Szwecji nikt nie przepijał państwowych pieniędzy? A gdzie tam! Nie wierzę w uczciwość żadnego polityka, ani polskiego, ani szwedzkiego. Niemniej dobrobyt Szwecji nie wynika jedynie z większej uczciwości aparatu państwowego (choć muszę przyznać, że jest on o niebo uczciwszy od polskiego). Najważniejsze jest coś innego. W Szwecji ludzie płacą podatki, płacą ich więcej i płacą je chętniej. I dlatego mają to, co mają. Podobnie jest w innych krajach przewyższających nas poziomem świadczeń.  Tam się po prostu płaciło i nadal płaci podatki. Tam też się je marnuje, tam też podatnicy są okradani. Ale płacą, więc mają. Obawiam się, że my tu w Polsce nie mamy innego wyjścia. Ścigać złodziei, tropić łapowników, chwytać defraudantów – tak, ale poza tym... po prostu płacić.


A co do ewentualnego nowego podatku – jak kupuję telewizor LCD za 1500 zł, to w jego cenie byłoby raptem 15 zł na polską kulturę... tak dużo? Jak kupię „empetrójkę" za 100 zł, to tylko mała głupia złotówka pójdzie na ten szczytny cel. Bardzo zbiednieję?


Przy okazji – wiedzieliście, że w cenie sprzętu audio-video już od jakiegoś czasu tkwi 3% podatku na rzecz twórców i artystów? Ja nie wiedziałem. I akurat ten podatek mi się wybitnie nie podoba...


 pozdrawiam