Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Nieznośna lekkość pisania...

Zaobserwowałem ostatnio rzecz niezwykłą. No dobra, przesada, rzeczy powszechnie spotykane nie mogą być niezwykłe. A to, o czym mówię, to rzecz powszechnie spotykana. Dopiero dostrzeżenie tej powszechnej oczywistości i uświadomienie sobie jej istnienia mogę nazwać czymś niezwykłym. A więc do rzeczy: Im łatwiej się pisze, tym ciężej się czyta. Jak to? Ano tak. Zauważcie kochani, jak bardzo namnożyło nam się słowa pisanego. Niniejszy serwis blogowy jest tego kapitalnym przykładem. Toniemy w zalewie blogów, komentarzy, rozmaitych "stron na temat", nie odpuszcza swego prasa – kioski toną w powodzi kolorowych tytułów – nie dają za wygraną wydawnictwa książkowe, coraz więcej, więcej i więcej.... pisanina goni pisaninę...

A co z czytaniem? Komu chce się to wszystko czytać? Podobno wskaźnik używania zdolności czytania spada z roku na rok. Książek się sprzedaje coraz mniej, wypożycza coraz mniej, nawet uczniaki nie czytają zadanych lektur, tylko skrótowce... Ja się troszkę takiemu zastojowi czytelnictwa nie dziwię. A już najmniej dziwi mnie zastój z czytaniem internetowych treści. Kochani, próbowaliście znaleźć w Internecie jakieś konkretne treści? Na pewno próbowaliście. I co, znaleźliście? Za którym razem? Może na Wikipedii? Wolne żarty, Wikipedia, genialny skądinąd projekt, na który dałem swój 1% podatku, to składnica bryków i skrótowców niewiadomego pochodzenia, intelektualny śmietnik wiadomości mniej lub jeszcze mniej sprawdzonych... pokłady lapidarnych "stwierdzeń na temat". Żal serce ściska. Idźmy dalej. A raczej bliżej. Blogi. Niniejsze blogowisko. Przeglądałem kilka godzin zawartość tego szacownego serwisu. Bicie piany na okrągło... I czemu ja mam się dziwić? Że się nikomu nie chce czytać? No co w tym dziwnego! Przecież żeby się komuś chciało czytać, musi mieć NAPRAWDĘ COŚ WARTEGO CZYTANIA. A potem kółko się zamyka, bo rzeczy watrościowe zwykle nie są najłatwiejsze w odbiorze. Zalewani jesteśmy więc fastfoodem czytelniczym, a raczej "fast-readem". Tyle że ten fast-read jest podobnie jak jego odpowiednik żywieniowy – totalnie pozbawiony odżywczej wartości, za to napchany do bólu kolorantami i substancjami wzmacniającymi smak i zapach... 

Przeglądam więc blogi i zastanawiam się nad socjologicznym, niezwykle ciekawym zjawiskiem. Iluż ludziom chce się pisać! Hej! Iluż, iluż... Piszemy o kupkach, które piesek zrobił na spacerze, o gorącej kawie i mdłej herbacie, o śmieciach za oknem i smrodzie na ulicy, o kłótliwej sąsiadce i porządnej, do-serca-przyłóż cieciowej, o Kasi i Basi, o Głupim Jacku i Kartoflanym Placku... Ach, mój ty wieszczy narodzie z Mickiewiczem w herbie!

Ale im łatwiej się ludziom pisze, tym trudniej coś przeczytać. Nawet bardzo się o to starając, jakże trudno trafić na sens przyobleczony w słowo pisane. I to jest dla mnie paradoks. Zawsze mi się wydawało, że łatwiej jest coś przeczytać, niż samemu napisać. Ot, ignorancjo z czasów młodości! Jakżem się mylił!

Ciekawe, czy ktoś ten wpis przeczyta.

Pozdrawiam czytelnika!