Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Na fali rozgoryczenia Kazika Staszewskiego...

   Temat piractwa internetowego, dotykający artystów, którym do sieci przeciekają najnowsze utwory, tracący miliony wirtualnych dolarów dochodu, to jest coś co wypływa co jakiś czas na powierzchnię rozmaitych serwisów informacyjnych. Ostatnio Pan Kazik Staszewski, wielce oburzony, obsobaczył wszystkich w jakikolwiek sposób związanych z faktem wycieku do sieci (i masowego „zassania") jego najnowszego albumu. Obsobaczył przy okazji swoich fanów, którzy muzykę - nielegalnie - z sieci zassali. Hm... To prawda, piracić cokolwiek, rzecz to haniebna. Ale podobno jeżeli nie ma na coś rady, to trzeba to polubić... Polubić piractwo?

   Może niekoniecznie polubić, ale rzeczywistość ma to do siebie, że jest taka, jaka jest. Czasem możemy ją w jakiś sposób kształtować, a czasem jest to albo walka z wiatrakami, albo zawracanie kijem Wisły. A czasami też - wylewanie dziecka z kąpielą. Warto byłoby nie walczyć z wiatrakami, czyli nie dopatrywać się wroga tam, gdzie go nie ma. Nie ma sensu zawracać kijem Wisły, czyli marnować środki na coś, co jest z góry skazane na niepowodzenie i nie ma szans na odniesienie jakiegokolwiek skutku. No i najważniejsze, walka z zastaną rzeczywistością może zaowocować wylaniem dziecka z kąpielą.

 

   Rozumiem gorycz Pana Kazika. Porównanie z włamaniem do mieszkania jest jak najbardziej na miejscu. Niemniej, wylewanie gorzkich żali jest bezcelowe. Jeszcze bardziej bezcelowe jest dawanie w mordę każdemu napotkanemu na ulicy podejrzanie (złodziejsko!) wyglądającemu przechodniowi, bo a nuż to jest właśnie ten, co mi mieszkanie okradł. Ha, tutaj ja mogę zacząć mieć kłopoty z wymiarem sprawiedliwości, jeszcze bardziej poważne, niż domniemany złodziej. Panie Kaziku, niechże pan nie krzyczy na swoich fanów, nawet na tych, co Panu album z sieci zassali nielegalnie! Całe mnóstwo tych „piratów" chodziło na koncerty i kupiło Pana płyty. Może ich jednostkowe, lewizną trącące sposoby zaopatrywania się w ulubioną muzykę nie są najwyższych lotów, ale nie skreślajmy ich, bo to oni, mimo wszystko, w taki czy inny sposób zbudowali Pana fortunę, przy różnych okazjach uczciwie za Pana muzykę płacąc. Walcząc z Internetem i z procederem pobierania z sieci muzyki walczymy z wiatrakami. Może i te wiatraki zasłaniają nam horyzont, może i szumią skrzydłami, ale nie ma po co robić z siebie Don Kichota. One będą. Lepiej byłoby zaprząc te ich skrzydła do roboty, by mełły mąkę na nasz chleb...

 

   Obsobaczanie internetowych piratów stanowi też najczystszą formę zawracania kijem Wisły. Ludzie chcą mieć możliwość dorwania się do swojej ulubionej muzyki, im łatwiej i szybciej, tym lepiej. Kochani, przypomnę Wam coś. A jak dwadzieścia lat temu nie śniło się nikomu ściąganie muzyki z Internetu, odtwarzacze CD mieli nieliczni, to co się robiło? Nagrywało na kasety muzykę puszczaną w radiu! Krzyczał ktoś, że nielegalnie? No dobra, trzeba przyznać, że studio radiowe musiało emitować program w porozumieniu z artystą. Ale tak czy siak, ja jako słuchacz, zamiast kupować płytę, mogłem sobie nagrać piosenkę z radia. Albo wpaść do kolegi, co płytę miał, po czym przegrać wszystko to, co mi się na płycie podobało. Było OK.? Nikt nie obsobaczał mnie i nie wyzywał od piratów.

 

   Fajnie, ale oczywiście ktoś od razu zauważy, że nie było możliwości, by coś do Internetu „wyciekło" ze studia nagrań i stało się od razu powszechnie dostępne w sieci. Owszem, nie było Internetu, więc nie było tak szybkiej możliwości „przecieku". Ale kochani, sam fakt, że coś się działo wolniej, nie oznacza, że zjawiska nie było. Kopiowało się na lewo i prawo nagrania od kumpli i jedyną wadą tego rozwiązania było to, że miało się gorszą jakość w stosunku do oryginału. A, no i trzeba się było troszkę za tym nachodzić. I mimo to artyści byli i żyli, a większym dla nich kłopotem była cenzura i ustrój komunistyczny, niż piraci przegrywający sobie ich utwory z czarnej płyty na kasety.

 

   Teraz artyści również są i żyją. I żyć będą, bo ciągle będą ludzie chętni słuchać muzyki i płacić za występy. Tak! Ciągle są chętni do płacenia! Ale pamiętajmy, że jeżeli ja jestem chętny do płacenia, to najlepszą strategią jest nie zmuszanie mnie do wyciągania forsy z kieszeni, ale właśnie zachęcanie. O czym mówię?

 

   Kilka lat temu natknąłem się w Internecie na album grupy Perfect pod tytułem „schody". W całości do ściągnięcia z sieci, w zamian za opłatę w wysokości 15 zł. Zapłaciłem! Ściągnąłem! Chociaż nie jestem wcale wielkim fanem „Perfectu"... Dlaczego to zrobiłem? Bardzo mi się spodobał pomysł, by za małe pieniądze dać komuś kawałek pełnowymiarowej muzyki. Poza tym - osobiście, kiedy kupuję płytę, od razu przerabiam ją na „empetrójki" - zwyczajnie dlatego, że wygodniej mi się ją puszcza z laptopa niż z odtwarzacza CD. Lubię mieć pokaźne archiwum ulubionych kawałków na twardym dysku. Wcale nie uważam, że powinienem mieć je za darmo. Ale pusty śmiech mnie bierze, kiedy ktoś mnie potępia za fakt ściągnięcia muzyki z sieci, nie dając mi możliwości zapłacenia za ten fakt (nie mówię tu konkretnie o Panu Staszewskim). Kochani artyści, kochany Panie Kaziku! Ja chętnie zapłacę, zapłacę w taki sposób, żeby to właśnie Pan zarobił jak najwięcej, a niekoniecznie jakiś pośrednik! I zrobię to nie z sympatii dla Pana, ale z sympatii dla Pana muzyki, oraz z szacunku do faktu, że ktoś przychylił się do zaspokojenia moich konsumenckich upodobań co do kanału dystrybucji!

   Przy okazji mała dygresja. Szukałem płyty zespołu „Leperkhanz". Znalazłem... nie w Empiku, ale właśnie w sieci. Nie na torrentach, nie w e-mule, nie na „wrzucie", tylko ... w serwisie CD-Baby. Album dostępny za marne 9,99 USD. Można było sobie odsłuchać fragmenty, a potem zapłacić kartą, by wreszcie ściągnąć. No i ściągnąłem! Gdyby nie CD-Baby, musiałbym nieźle kombinować, by Leperkhanza gdzieś dopaść. Ale kombinowałbym! Bo Empik Lepperkhanza jakoś nie ma... A może jak by miał, to za grubo ponad równowartość 10 USD? A mnie się jak raz podobały, dwa, no może trzy „leperkhanzowe" kawałki? Nie, nie kupiłbym w Empiku płyty Leperkhanza za przeciętną cenę płyty zagranicznego, niszowego zespołu. Odżałowałbym. Aż tak za Leperkhanzem nie przepadam. Ale w CD-Baby za niecałe 10 USD kupiłem!

 

   Wracając do irytacji Pana Kazika. Kiedyś i mnie okradziono mieszkanie. Złodzieje weszli sobie przez okno i poczęstowali się tym wszystkim, co chcieli. Szlag trafił komputer z napisaną pracą magisterską, którą potem musiałem pisać od nowa. Mój kompletowany przez lata sprzęt fotograficzny poszedł się bujać do pasera. Zły byłem. Na siebie zły, że mieszkając na parterze - nie zaciągnąłem na noc krat w oknach! Kto był idiota? Ja, ja sam we własnej osobie!

 

   Jeżeli mieszkam na parterze, to kraty zasuwam. A najpierw je rzecz jasna instaluję! Jak nagrywam płytę, na którą czekają miliony fanów, to pilnuję, by wdrożono system bezpieczeństwa, by przypilnowano, aby żaden przeciek nie nastąpił. A potem, zamiast zawracać kijem Wisły, najlepiej zrobić tak, by owa Wisła lunęła wodę na nasz młyn. Czyli czasem młyn trzeba podstawić pod Wisłę, a nie na odwrót.

 

   Granie na uczuciach fanów nie ma sensu. Panie Kaziku, Pańscy fani nie są tak naprawdę fanami Pańskiej - jak najbardziej przecież sympatycznej osoby - ale fanami Pana muzyki. Oni będą Pana lubić tylko wtedy, gdy będzie Pan dla nich grać. Oni nie będą robić czegokolwiek ze względu na Pana, aby mógł Pan zbudować sobie dom nad rozlewiskiem. Oni za ten dom będą Pana nienawidzić! Tacy już są ludzie w tym kraju. Do takich ludzi musimy się dostosować. Instalując kraty w oknach parterowego mieszkania, tudzież patrząc na ręce realizatorom dźwięku (albo innym, z produkcją związanym). Nie ma innego wyjścia. A potem, jak widzimy że ludziska chcą mieć „empetrójki" - i to jeszcze łatwo i szybko - to trzeba je ludziom dać! Dać oczywiście w taki sposób, by to właśnie nam, twórcom, za te „empetrójki" zapłacili. I wtedy też będziemy mieć i dom nad rozlewiskiem, i coś jeszcze...

 

    Kluczem do sukcesu nie jest walka z rzeczywistością, tylko wykorzystanie istniejących zjawisk we właściwy sposób. Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Pan Kazik Staszewski nagrywa nową płytę. Umieszcza w swoim serwisie internetowym informację, kiedy płyta będzie gotowa. Informację tę umieszcza też producent, zamieszcza się reklamy w kilkunastu najważniejszych internetowych serwisach informacyjnych. I uwaga!!! Zapowiadamy wszem i wobec, że album będzie do ściągnięcia właśnie tu, w Internecie, w dobrej jakości, że tylko trzeba poczekać do dnia premiery! Oczywiście, ściągnięcie albumu za opłatą - dokonaną kartą, przelewem lub SMS-em. Że można - na przykład - za 2 zł ściągnąć jeden utwór, albo za 20 zł - cały album.  Zaprawdę powiadam wam, nikt nie będzie wtedy szukał żadnych „wycieków", każde hasło wpisane w wyszukiwarkę o treści „nowy album Kazik Kult płyta muzyka" nie doprowadzi nikogo do pirackich plików, tylko właśnie na oficjalną stronę artysty, gdzie legalnie będzie można tę muzykę otrzymać. I wtedy żaden pirat nie zada sobie trudu wykradania albumu ze studia i wrzucania go w sieć. Bo po co? Tłumy fanów będą grzecznie czekać w tej właściwej kolejce.