Krzywym okiem zgryźliwego optymisty

Sekt się nie boję

 

 

     Zainspirował mnie profesor Ludwik Stomma, który kilkanaście lat temu napisał na łamach Polityki felieton o frapującym tytule: „Sekt się nie boję”. Temat wtedy był, ho-ho, na fali… Mariusz Szczygieł prezentował wywiady z rozmaitymi „ofiarami” rożnych „niebezpiecznych sekt”. Na Ukrainie szalało „białe bractwo” hurtowo kaptując nowych wyznawców, wykazując im ponad wszelką wątpliwość że niejaka Marina Cwigun jest bogiem żywym wcielonym. W Polsce pewien jegomość nazwiskiem Kacmajor swych wiernych uzdrawiał, jednocześnie dzieląc choroby między przeciwników, tak że żaden komendant policji nie miał odwagi, by go aresztować za izolowanie nieletnich od reszty społeczeństwa. Na ulicy pojawili się Mormoni, rozpowszechniając egzotyczną bardzo na naszym gruncie Księgę Mormona. Często-gęsto spotkać można było młodzież, określającą się mianem „po prostu chrześcijan”, nawołującą przechodniów, by przyjęli do serca Chrystusa. Miało to zagwarantować natychmiastowe, nieodwołalne i bezterminowe zbawienie, bo przecież napisano: „ten kto uwierzy, będzie zbawiony”. Uwierzyłeś? No to jesteś zbawiony i już nie musisz się niczym przejmować. Zdarzało się też widzieć maszerujące w centrum Warszawy pochody szafranowo odzianych ludzi z Hare Kryszna, grających na bębenkach i częstujących przechodniów słodkimi kuleczkami. Ach, no i przecież ci niestrudzenie pukający do drzwi, Świadkowie Jehowy. Mamo, co z tym robić?

 

     I wtedy, na fali „sektofobii”, lęku przed czymś groźnym i przeciętnemu Polakowi nieznanym, profesor Stomma pisze felieton, w którym jasno i spokojnie wykazuje, dlaczego żadnych sekt to się on nie boi. Panowie, czapki z głów! Naprawdę trzeba było być odważnym, by to wtedy napisać. Ryzykowało się wiele, począwszy od metki „ignoranta lekceważącego zagrożenie” aż po zarzut człowieka sprzyjającego „niebezpiecznym sektom”.

 

     Nie chcę rzecz jasna powiedzieć, że nie ma czegoś takiego, jak niebezpieczna sekta. Śmiem jednak twierdzić, że niebezpieczeństwo to jest wysoce względne. Dla kogo niebezpieczna? Dla dorosłych, młodzieży, dzieci, dla Kościoła, Państwa, Prawa, dla Ojczyzny? Poza tym w naszym kraju metkę „sekty” przylepia się każdemu ugrupowaniu religijnemu innemu niż Kościół Katolicki, szczególnie jak owo ugrupowanie jest stosunkowo nielicznie reprezentowane, oraz nastawione wobec owego Kościoła krytycznie. Wyraźnie słowo „sekta” jest nadużywane, stosowane raczej jako obelga niż fachowe określenie, tak jakby o lekarzu mówić „konował”, a o prawniku „kauzyperda” – tylko dlatego że nie podoba nam się zalecana terapia, albo nie zgadzamy się z opinią jurysty hołdując zasadzie Kargula-Pawlaka: „sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie!”.

 

     Wszystkich, co posługują się słowem „sekta”, zachęcam do zapoznania się ze słownikową definicją tego określenia – o ile go już nie znają – i do wyciągnięcia stosownych wniosków. Nie mniej gorąco zachęcam do przeczytania felietonu, który napisał prof. Ludwik Stomma, pod tytułem „Sekt się nie boję!”. Opublikowany został w Polityce około 1992 roku, a powtórzono go w zbiorze felietonów profesora zatytułowanym „Nalewka na wiśniach”. Niestety, internetowe archiwum „Polityki” go nie zawiera. Nie szkodzi. Nie trzeba go streszczać. Może kiedyś trafi wam się w ręce owa książka.

 

     Śmiem twierdzić, że żaden człowiek, który posiada swój osobisty komplet przekonań, które to przekonania są konkretne i dobrze umotywowane, nie ma powodów bać się żadnej sekty. Jakkolwiek nie twierdzę, że warto dyskutować absolutnie z każdym, to jednak przeważnie na rozmowie z „innowiercami” można tylko skorzystać. Bo każdy człowiek, który jest do czegoś przekonany, oraz umie uzasadniać swoje przekonanie, stanowi bardzo ciekawe zjawisko. A już człowiek, który podjął wysiłek by ze swoim przekonaniem dotrzeć do innych, to już doprawdy zjawisko arcyciekawe! Dlatego zawsze otwieram drzwi każdemu, kto do mnie zapuka. Owszem, nie z każdym da się ciekawie pogadać, ale mimo to próbować można – i trzeba, bo dzięki temu jest szansa trafić na perełkę.

 

     No ale zaraz, a co z niebezpieczną sektą, która wtargnąć pragnie w niewinne i otwarte umysły, zburzyć wszelkie rubieże rozsądku i zawładnąć naiwnie ufnym sercem? Spokojnie, spokojnie…

 

     Ja się sekt nie boję z jednego powodu – nie obawiam się po prostu, żeby jakaś szalona sekta …miała rację! Właśnie dlatego, że jest szalona. Jeżeli istnieje Bóg (w co głęboko wierzę), to śmiem twierdzić, że przede wszystkim cechuje go zdrowy rozsądek. Stąd też odporny jestem na wszelkiego rodzaju mistyczne indoktrynacje. Co najwyżej mnie one nudzą, w większości przypadków po prostu bawią. Ale zazwyczaj ciekawią. No bo jakim cudem dochodzi do tego, że ktoś głęboko wierzy, że niejaka Maria Cwigun jest bogiem żywym wcielonym? Może dałoby radę zobaczyć jakieś proroctwo na ten temat, napisane tak jakoś minimum 200 lat temu?

 

     No fajnie, ale co zrobić, jak ktoś na potwierdzenie prawdy swej jedynej… czyni cuda? A, no to dopiero wtedy biorę nogi za pas i uciekam. Z cudotwórcami nie rozmawiam. Nie dlatego, jakobym obawiał się szarlatanerii, alboli w cuda nie wierzył. Sęk w tym, że wierzę. Ale śmiem twierdzić, że wszystkie rozsądne cuda już się zdarzyły, miały swój cel i zostały solidnie udokumentowane w Piśmie Świętym. Jakiekolwiek dalsze pachną dla mnie siarką i sugerują aktywność ciemnej strony mocy. Dlaczegóż bowiem Dobry Bóg miałby w tak wielu dziwnych okolicznościach pozwalać ludziom czynić cuda? No i jak to wytłumaczyć, że owe cuda dzieją się w ramach tylu przeciwnych – i przeciwstawnych sobie religii? Przeciwnych – bo nazywających siebie na wzajem fałszywymi, a przeciwstawnych – bo nauczających doktryn wzajemnie się wykluczających. Woda na młyn aniołków w czerni… O nie, kochani, jeżeli istnieje prawdziwa religia, to będzie ona dzisiaj działać bez cudu, opierając się jedynie na zdrowym rozsądku. Śmiem twierdzić, że takowa istnieje, jeżeli bowiem Bóg jest elementem rzeczywistości, to musi istnieć zarówno jego prawdziwy opis, jak i fałszywy. Wiadomo zaś, że fałsz da się wyrazić na znacznie więcej sposobów, niźli prawdę. Prawda zaś będzie logiczna i w jakiś sposób weryfikowalna, nie będzie potrzebować ciągłych cudów i znaków z nieba. Takowe znaki oznaczałyby wszak terror objawienia... I gdzie w tym Boży rozsądek? Nie, jeżeli gdzieś dzieje się jakiś cud, to ja stamtąd uciekam. Cuda były kiedyś konieczne, by Bóg mógł się zamanifestować jako Bóg i siła wyższa, ale dzisiaj cuda mają za zadanie wyłączyć w ludziach myślenie…

 

     W porządku, ale co dalej z tymi sektami? Mam wrażenie, że trzaskanie drzwiami przed reprezentantami tego wszystkiego co „inne” ma podłoże w jednym – w zwyczajnym strachu, że owi „cudaczni święci”… mogliby mieć rację! I wyszłoby na to, że wcale nie są tacy cudaczni, że wbrew pozorom mają dobry powód, by robić to czy tamto. I co wtedy? Jak jasny grzyb boimy się tego, że musielibyśmy robić potem to samo – przekonani siłą rozsądnego argumentu…

 

     Kochani, a ja zaprawdę Wam powiadam, nie bójmy się. W każdym bądź razie ja się tego nie boję. Dlaczego? Ano, bo jeżeli za czymś stoi rozsądny argument i żelazna logika, to nie ma się co tego bać, tylko trzeba się za to – brać! Rozsądnym argumentem tudzież rzetelną informacją o tym, czego do tej pory nie wiedziałem, mogę być tylko wzbogacony. I dlatego się jej nie boję.

 

Pozdrawiam